Dziecko utopione w misce. Matka: "Bałam się utraty pracy"
Sprawa Marzeny K., oskarżonej o zamordowanie własnego dziecka, wraca na wokandę. Kobieta tuż po porodzie miała utopić swoją córeczkę w misce z wodą. Grozi jej dożywocie.
- 23.04.2014 19:00

Akt oskarżenia w tej sprawie skierowała do Sądu Okręgowego w Lublinie puławska prokuratura. Sąd zwrócił go jednak śledczym, domagając się uzupełnienia dokumentów. Prokuratura złożyła zażalenie, a Sąd Apelacyjny przyznał jej rację.
Chodziło m.in. w opinie dwóch zespołów psychiatrów, którzy badali oskarżoną. Pierwszy nie był w stanie ocenić, czy w chwili zbrodni Marzena K. wiedziała, co robi. Drugi zespół jednoznacznie stwierdził, że była poczytalna. Na tej podstawie prokuratura przygotowała akt oskarżenia. Zdaniem Sądu Okręgowego śledczy powinni wcześniej skonfrontować ze sobą wszystkich biegłych. - Naszym zdaniem nie było takiej potrzeby, bo nie wydali przeciwstawnych opinii - wyjaśnia Dariusz Lenard, Prokurator Rejonowy w Puławach.
Marzena K. to 30-letnia magister administracji. Mieszka z rodzicami i babcią w Śniadówce w powiecie puławskim. Odpowie za zbrodnię z 19 sierpnia ub. roku. Z akt sprawy wynika, że tego dnia, po powrocie z pracy kobieta poczuła silne skurcze. Zamknęła się łazience. W tym czasie jej rodzice oglądali telewizję. Aż do wieczora, kiedy usłyszeli dochodzący z łazienki hałas. Ojciec Marzeny K. wszedł do środka i zobaczył, jak jego córka leży na podłodze. Wokół było pełno krwi.
Rodzice przenieśli córkę do sypialni. Dopiero dwie godziny później wezwali pogotowie informując, że Marzena K. poroniła. Kiedy ratownicy dotarli na miejsce, zabrali kobietę do karetki. Marzena K. przyznała, że była w piątym miesiącu ciąży. Zespół pogotowia szykował się do odjazdu, kiedy ojciec 30-latki powiedział im o noworodku, który został w łazience.Ratownik, który wszedł do łazienki, był przerażony widokiem, jaki tam zastał. Jak zeznał, dziecko w wieku okołoporodowym zanurzone było w misce z brunatną cieczą. Kiedy ułożył je w beciku, nie dawało znaków życia. Jak zauważył ratownik, ojciec kobiety mówił o tym co się stało bez cienia emocji. Nie zdradzała ich również Marzena K., kiedy jechała do szpitala. Nie patrzyła na martwą córkę, ani jej nie dotykała.
Sprawą zajęła się prokuratura. Rodzina, chłopak i przełożona 30-latki zapewniali, że nie mieli pojęcia o ciąży. Sekcja zwłok dowiodła, że dziewczynka urodziła się żywa.
We wrześniu Marzena K. sama zgłosiła się do prokuratury. Jak przekonywała, ze strachu i przez wyrzuty sumienia. Przyznała się do zabicia dziecka. Ze szczegółami opowiedziała, jak urodziła córkę wprost do miski. Zauważyła, że dziewczynka się rusza. Wtedy napełniła miskę wodą, chwyciła dziecko za główkę i przytrzymywała tak długo, aż się utopiła.
Marzena K. wyjaśniała śledczym, że utopiła dziecko, bo przestraszyła się utraty pracy. Jej umowa wygasała z końcem sierpnia. Zapewniała, że myśl o zabójstwie pojawiła się u niej dopiero podczas porodu (w takiej sytuacji musiałaby się liczyć z karą od 3 miesięcy do lat 5 więzienia). Śledczy uznali jednak, że kobieta nie działała pod wpływem impulsu. Marzena K. usłyszała zarzut zabójstwa. Wtedy odwołała swoje wcześniejsze wyjaśnienia i przyznanie się do winy. Kobiecie grozi od 8 lat więzienia do dożywocia.
Reklama













Komentarze