Kupił mieszkanie w spółdzielni, w której jest wiceszefem
Lubelska Spółdzielnia Mieszkaniowa ogłosiła przetarg na sprzedaż atrakcyjnego mieszkania. Zgłosił się tylko wiceprezes spółdzielni. I kupił mieszkanie za kilkadziesiąt tysięcy mniej, niż było warte.
- 15.01.2009 20:22
Chodzi o 3-pokojowe mieszkanie przy ul. Wileńskiej w Lublinie o powierzchni ponad 50 mkw. Znajduje się w atrakcyjnym punkcie: blisko targowiska, hipermarketu i przystanku autobusowego. - Jest warte na pewno 200 tys. zł, a może nawet więcej - szacuje Magdalena Staniszewska z lubelskiego biura nieruchomości.
Tymczasem - jak poinformował nas wczoraj jeden z Czytelników - LSM właśnie mieszkanie sprzedała. I to za niewiele ponad 140 tys. złotych. Ustaliliśmy, że kupił je… Andrzej Mazurek, wiceprezes ds. ekonomiczno-finansowych LSM.
Jak to możliwe? Jesienią spółdzielnia wysiedliła z mieszkania rodzinę, która nie płaciła czynszu. Na początku grudnia ogłosiła przetarg na sprzedaż lokalu. Cena wywoławcza: ok. 140 tys. zł. Ofertę złożył tylko wiceprezes, niewiele wyższą od ceny wywoławczej. - Wszystko odbyło się zgodnie z prawem - mówi Mazurek. - Był oficjalny przetarg, były informacje w prasie o nim, każdy mógł się zgłosić. To nie moja wina, że nie startował nikt poza mną.
- Nawet interesowałam się kupnem tego mieszkania - mówi jedna z mieszkanek bloku przy ul. Wileńskiej. - Ale, gdy poszłam do spółdzielni, okazało się, że już jest po przetargu. Tydzień później w lokalu pojawili się robotnicy. Pracownicy LSM - dodaje sąsiadka.
- Przyjechali w żółto-zielonych strojach z logo spółdzielni na plecach - dodaje pracowniczka pobliskiego kiosku. - Był też samochód spółdzielni.
- To prawda - nie kryje Mazurek. - Ale pracowali u mnie po godzinach albo gdy byli w spółdzielni na urlopach. Wszystko można sprawdzić - podkreśla wiceprezes. - Samochód też oficjalnie wynająłem i za to zapłaciłem. Po co miałem szukać gdzieś indziej, skoro był na miejscu.
Problemu nie widzi prezes LSM. - No i co w tym złego, że mieszkanie kupił pan Mazurek? - dziwi się Jan Gąbka. - Miał prawo. Tym bardziej że jest członkiem naszej spółdzielni. Był przetarg, on w nim wystartował. Był jedyny i wygrał.
A cena? - Skoro nie było więcej oferentów, to po co miał podbijać cenę - zaznacza Staniszewska. - Po prostu, zgodnie z prawem, wykorzystał świetną okazję.
Reklama
Komentarze