Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Kandydaci na radnych chcą od miasta drugiej szansy

Władze Lublina chcą opóźnić wybory do rad dzielnic. Po to, żeby mogli się dostać do nich także ci, których mieszkańcy nie wybiorą do Rady Miasta. – Chodzi o to, żeby zdolni samorządowcy nie zostali na uboczu – tłumaczą.
W Lublinie wprowadzono 27 rad dzielnic, które mają wydeptywać w Ratuszu ścieżki prosząc m.in. o załatanie jezdni, postawienie ławki i huśtawki. Chociaż zdarzają się również i poważniejsze problemy. Takie dzielnicowe reprezentacje są w świetle prawa jednostkami pomocniczymi Rady Miasta. Dlatego nikt nie może jednocześnie zasiadać w Radzie Miasta i w radzie dzielnicy. Ale samorządowcy chcą sprytnie obejść ten zakaz. Wystarczy odpowiednio ustawić termin głosowania w dzielnicach. – Tak, żeby w przypadku nieudanego kandydowania do Rady Miasta radni mogli później wystartować do rad dzielnicowych – zaproponował na ostatniej sesji Rady Miasta Leszek Daniewski (PO). Teraz kadencje jednostek pomocniczych kończą się w takim czasie, że ponowne wybory do nich wypadałyby we wrześniu, czyli jeszcze w trakcie kadencji Rady Miasta. To oznacza, że wszyscy ci, którzy teraz siedzą w Radzie Miasta nie mogliby starać się o mandaty w dzielnicach. By to zmienić, wystarczy odpowiednio przesunąć termin głosowania w tych ostatnich. – To Rada Miasta określa termin wyborów. I może zdecydować, że odbędą się później. Tak, by nastąpiły już po wyborze radnych – wyjaśnia Krzysztof Łątka, dyrektor Departamentu Sekretarza Miasta w lubelskim magistracie. Deklaruje, że jest zwolennikiem takiego właśnie rozwiązania i wspomina o wyborach w listopadzie. Gdyby takie zmiany zostały przyjęte, wtedy ci z obecnych radnych, którzy nie zostaną przez mieszkańców ponownie wysłani do Ratusza, będą mogli próbować szczęścia w osiedlach. – To sensowny pomysł – dodaje Łątka. W osiedlach kokosów nie ma, bo wynagrodzenie w wysokości minimalnej pensji należy się tylko przewodniczącemu zarządu dzielnicy, wybieranemu przez dzielnicowych rajców ze swojego grona. Tyle, że w dzielnicach znacznie łatwiej jest dostać mandat. Kandydatów często bywa bardzo mało, a frekwencja jest niska. I tak np. przewodniczącej Zarządu Dzielnicy Stare Miasto wystarczyło 26 głosów, by trafić do Rady Dzielnicy, zaś szef Zarządu Dzielnicy Sławinek potrzebował 44 głosów.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama