W urzędach nie ma miejsca dla obcych
Ma 30 lat, cztery lata pracy w warszawskim urzędzie i dwa stopnie urzędnika służby cywilnej (na 9 możliwych). Przez półtora roku szukał pracy na urzędniczym stanowisku. – Zabrakło mi znajomości – mówi.
- 03.03.2011 19:44
– Po kilku latach pobytu w stolicy postanowiłem wrócić do swojego rodzinnego miasta. Pomyślałem: wystartuję w paru konkursach i znajdę pracę. To było półtora roku temu. Dziś mam za sobą dziesięć takich konkursów, w różnych urzędach. W większości z nich dochodzę do ostatniego etapu. A potem przeważnie okazuje się, że jestem drugi – opowiada nasz bohater. (całą historię możecie przeczytać w dzisiejszym Magazynie: Zawsze drugi, czyli jak szukałem pracy w urzędach).
Człowiek, który postanowił opowiedzieć swoją historię dziennikarzom, na własnej skórze przekonał się, że do znalezienia pracy w lubelskim urzędzie nie wystarczy ani bogate w doświadczenie CV, ani znakomita prezencja. Najważniejsze są znajomości.
– To wszystko ciągle działa na zasadzie \"ktoś kogoś zna” – opowiada nam jeden z pracowników lubelskiego magistratu. – Pamiętam mój pierwszy konkurs. Jeden z kandydatów wprost zapytał nas na korytarzu, po co w ogóle startujemy. Nawet nie ukrywał, że jego ojciec jest dyrektorem w Urzędzie Wojewódzkim. Ja dostałem się do Ratusza za trzecim podejściem. Ale pewnie nie udałoby się, gdyby nie poleciła mnie koleżanka.
Wykorzystaniem znajomości przy obsadzaniu urzędniczych stanowisk zajmowała się lubelska prokuratura. Jesienią oskarżyła zastępcę dyrektora Wydziału Komunikacji o przekroczenie uprawnień.
Według śledczych odpowiadał za \"ustawienie” konkursu na jedno ze stanowisk w lubelskim magistracie. Wygrała kobieta, która wcześniej pracowała w Ratuszu na zastępstwie. Dzień przed egzaminem pisemnym Paweł D. miał przekazać swojej protegowanej testy wraz z odpowiedziami.
Pisaliśmy też o trzech osobach, które w 2005 wpłaciły od 10 do 12,5 tys. zł na kampanię ówczesnego lidera PO Janusza Palikota, a potem dostały pracę w lubelskim Ratuszu. Wszyscy wygrali konkursy. Formalnie nie ma się do czego przyczepić.
Kuriozalną sytuację potwierdzają też inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli. Na 45 skontrolowanych w ub. roku urzędów w 8 województwach (nie było wśród nich lubelskiego) aż 75 proc. źle przeprowadza nabory.
– Większość robi to celowo: świadomie majstruje przy procedurach konkursowych i manipuluje wynikami, by stanowiska dostawali \"sami swoi” – napisali inspektorzy NIK.
Najczęstszy zarzut to stwarzanie pozorów konkursu. Po to, by pozostać w zgodzie z prawem, a zarazem osiągnąć cel. Jak to się robi? Najczęściej poprzez stworzenie kryteriów przygotowanych \"pod konkretnych kandydatów”.
– W efekcie do wydziału współpracy z zagranicą przyjmowano osobę, która nie znała żadnego języka obcego, a w dziale audytu wyżej punktowano zaświadczenie wydawane przez nikomu nieznaną, niepubliczną instytucję niż zaświadczenie ministra o zdanym egzaminie państwowym – czytamy w raporcie.
(rp)
Reklama
Komentarze