Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Chcą odwołania szefa sanepidu, bo za bardzo lubi rozgłos w mediach

Znamy już listę zarzutów, które Pawłowi Policzkiewiczowi, szefowi Powiatowej Inspekcji Sanitarnej, stawia przełożony, domagając się jego odwołania. Teraz przyszłością Policzkiewicza zajmie się prezydent Lublina.
Chcą odwołania szefa sanepidu, bo za bardzo lubi rozgłos w mediach
(Maciej Kaczanowski / Archiwum)
Pierwsze pismo wojewódzkiego inspektora sanitarnego Janusza Słodzińskiego z prośbą o odwołanie Policzkiewicza trafiło do prezydenta miasta pod koniec listopada. Ale Słodziński zbytnio się nie rozpisał. Jako jedyne uzasadnienie wniosku podał utratę zaufania. Prezydent uznał, że to za mało i poprosił o więcej szczegółów. Odpowiedź właśnie wpłynęła do Ratusza. Słodziński oskarża Policzkiewicza o to, że nie realizuje planów kontroli, skupiając się na akcjach, które mają przynieść rozgłos medialny. Twierdzi, że w miasto wysyłane są osoby bez przygotowania merytorycznego, a kontrole wykraczają poza zakres ich obowiązków. Wspomina też o braku interwencji w sprawie gromadzenia śmieci w jednym z mieszkań na Czechowie, a także braku monitoringu jakości wody pitnej na podległym mu terenie. – Nie będę tego komentować – ucina rozmowę Słodziński, gdy pytamy go o tę sprawę. Policzkiewicz się broni: Jako jedyna stacja w województwie robimy tak wiele kontroli, także w weekendy. Rozgłos pomaga, bo kontrolowani bardziej boją się złej sławy niż mandatu. Zarzut o niekompetencji pracowników jest wzięty z powietrza. A w sprawie śmieci mam pismo od wojewódzkiego inspektora sanitarnego, by nie zajmować się takimi rzeczami. Teraz ruch należy do Ratusza. – Obecnie analizujemy pismo Janusza Słodzińskiego, na razie trudno powiedzieć, kiedy zapadną decyzje – mówi Katarzyna Mieczkowska-Czerniak, rzecznik prezydenta miasta. Policzkiewicz objął stanowisko w 2008 r. i szybko zasłynął z rygorystycznych kontroli, m.in. w lokalach gastronomicznych, zakładach produkcyjnych i sklepach. Znalazł haczyk pozwalający mu na zamknięcie sklepu z dopalaczami. Przejrzał skład odurzających specyfików i doszedł do wniosku, że można je podciągnąć pod suplementy diety, czyli środki spożywcze. A sklep nie miał pozwolenia na handel żywnością. Szef lubelskiego sanepidu chciał też badać prostytutki, walczył z łapownictwem – żeby zabezpieczyć się przed próbami korupcji, zaczął nagrywać wszystkie rozmowy, które odbywają się w jego gabinecie. W ostatnich wyborach parlamentarnych bez powodzenia startował do Senatu jako kandydat niezależny.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama