Parlamentarne komisje Deregulacji oraz Samorządu Terytorialnego oceniły projekt pozytywnie. W kuluarach już mówi się, że to „Lex Szyszko 2.0” – nowa odsłona prawa, które w 2017 roku przeszło do historii jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych ingerencji w polską przyrodę. Wtedy zniknęły z krajobrazu nawet 3 miliony drzew. Dziś, choć polityczne role się odwróciły, echo tamtej afery brzmi niepokojąco aktualnie.
Nowy pomysł rządu Donalda Tuska narodził się w maju jako element tzw. pakietu deregulacyjnego. Pierwsza wersja dopuszczała wycinkę po 35 dniach braku reakcji urzędu. Krytykowali ją zarówno eksperci z Państwowej Rady Ochrony Przyrody, jak i sam wiceminister klimatu. Teraz projekt wraca – wzmocniony, nie złagodzony. Zakłada bowiem, że jeśli urząd nie zareaguje w ciągu 60 dni, drzewa można wyciąć bez dalszej kontroli.
Dzieje się to mimo istnienia klarownych procedur: dziś każdy zamiar wycięcia drzewa musi zostać zgłoszony, urzędnicy mają 21 dni na oględziny, a kolejne 14 na sprzeciw. To podczas tej wizji lokalnej ustala się, czy drzewo nie jest przypadkiem pomnikowych wymiarów, siedliskiem gatunków chronionych, albo elementem, który pełni ważną funkcję ekologiczną. Bez wizji lokalnej – mówią specjaliści – przeprowadza się decyzję „na ślepo”.
– To skandaliczne, że rząd, który deklarował ochronę przyrody, dziś podpisuje się pod ustawą pozwalającą na wycinkę bez weryfikacji – mówi Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. Dodaje, że w praktyce oznacza to realne ryzyko utraty drzew o wartości, której nie da się odtworzyć żadnym nasadzeniem.
Co ciekawe, w uzasadnieniu projektu rząd sam przyznaje, że wiele urzędów terminów dochowuje. Opóźnienia wynikają głównie z braków kadrowych i trudności w identyfikacji niektórych gatunków poza sezonem wegetacyjnym. Rozwiązanie? Zdaniem ekologów oczywiste: dać więcej narzędzi samorządom, zamiast wprowadzać przepis, który obniża standard ochrony przyrody.
– Nie można karać przyrody za niewydolność administracji – komentuje Aleksandra Wiktor z Greenpeace Polska. – Automatyczna zgoda na wycinkę to pójście na skróty, które może nas drogo kosztować. Drzewo rośnie dekady. Procedura wycinki trwa minuty.
Projekt deklaruje „ochronę obywateli przed bezczynnością urzędów”. Krytycy odpowiadają: a kto ochroni drzewa przed bezczynnością państwa? W sporze o deregulację idzie o coś więcej niż o formularze, terminy i pieczątki. Idzie o odpowiedź na pytanie, jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za administracyjną wygodę – i czy polska przyroda uniesie jej ciężar.














Komentarze