Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Zagrać sztukę, którą noszę w sobie. Jednak!

Rozmowa z Jerzym Rogalskim, jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów teatralnych, filmowych i telewizyjnych
Zagrać sztukę, którą noszę w sobie. Jednak!

Autor: DW/archiwum

Pierwsza część wywiadu z Jerzym Rogalskim opublikowana w przedświątecznym wydaniu Dziennika Wschodniego 

Na portalu flmweb.pl znajdziemy wykaz twoich najważniejszych ról. Dużo tego, ale - co ważniejsze - dużo bardzo wysokich ocen. 7,9 punktów za rolę w filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”?

- Zagrałem Jędrzeja Grzyba, chłopa przewożącego bydło. To była moja pierwsza rola w ogóle. Byłem wtedy po pierwszym roku szkoły teatralnej i powiem ci, że był to bardzo ważny moment. Na planie przyglądali się mi tacy aktorzy, jak Marian Kociniak, widziałem, że byli bardzo zadowoleni z tego, co pokazałem. Od tego filmu zacząłem być zauważalny. Na przykład Tadeusz Chmielewski zaproponował mi rolę w filmie „Nie lubię poniedziałku”, gdzie miałem zagrać chłopca, który wozi swojego dziadka po mieście samochodem. Musiałem szybko nauczyć się prowadzić, ktoś mi prywatnie pomógł w pierwszych jazdach. W filmie po plaży miałem jeździć wojskowych jeepem, ale nie zwolniono mnie teatru i nie zagrałem w tym filmie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Zagrałem w kolejnym filmie Tadeusza Chmielewskiego „Wiosna panie sierżancie”.

* Zagrałeś u boku sław?

- Takich aktorów jak Tadeusz Fijewski, Józef Nowak, od tego czasu zaczęto mnie angażować w filmach. Wyszukiwali mnie reżyserzy, producenci, kierownicy produkcji.

* Karuzela z rolami ruszyła. 

- Od Wojtka Smarzowskiego dostałem dwa scenariusze do filmów „Wesele” i „Dom zły”. Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy, zapytał mnie co bym chciał zagrać? Odpowiedziałem, że inną rolę niż wujek Mundek. Odpowiedział nie, nie, to rola napisana specjalnie dla Ciebie. Jak zagrałem w „Weselu”, to zaczął mnie obsadzać. W „Róży” zagrałem epizod Kramarza. I powiem ci, że u Wojtka zawsze grałem postacie, które nosiły w sobie głęboką tajemnicę. 

* Weterynarz Mundek z „Wesela” też?

- Tak, Mundek to był facet z tajemnicą, dziwny człowiek. 

* Ta rola przyniosła ci ogromną popularność? Twoje słynne odzywki „W wodzie to się ryby pier***ą” czy „W pojedynkę, ch**a nam zrobi”, przeszły do historii kultowych powiedzonek.

- Po pierwsze to był bardzo dobry film. Mimo, że był to rola epizodyczna, udało mi się zagrać dobrą rolę, Smarzowski był bardzo zadowolony z mojej pracy. A odzywki? To był mocny, ostry film, różnie ludzie reagowali. Pamiętam, jak znajoma powiedziała do mnie: panie Rogalski, pan tak brzydko mówi w tym filmie? Tuszę sobie, że była to nieźle zagrana rola. I dlatego ludzie ją pamiętają. A poza tym Smarzowski pisze świetne scenariusze i jest bardzo dobrym reżyserem. Sama jego obecność na planie, patrzenie, zachowanie sprawiały, że samo się grało.

* I kolejna wysoka ocena. 7,8 za rolę Wincentego Kwiatkowskiego w filmie „Wołyń”?

- Jak przeczytałem scenariusz, to nie spałem ze trzy noce. Zacząłem szukać materiałów na temat zdarzeń w Wołyniu. Bardzo obawiałem się o ten film, nie tylko o moje granie. Jak Wojtek to zrobi, to przecież przerażające zdarzenia? Ja miałem być w tym Wołyniu oskalpowany, makabryczna scena, ale do realizacji tej sceny nie doszło. Zagrałem mniejsze sceny. Jak później zobaczyłem, co Wojtek zrobił, to wiem, że to był majstersztyk. Świetnie zrobiony, uczciwy, piękny, bardzo trudny film. Ludzie wychodzili z projekcji, nie wytrzymywali, ale Smarzowski zrobił „Wołyń” ze szlachetną delikatnością. Na tyle, na ile było można. 

* Zagrałeś nawet w „Chłopach”?

- Tak, Jędrka brata Jagny. Zaangażowano mnie po filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Jako młody chłopak po szkole nagle znalazłem się w otoczeniu tak świetnych aktorów jak: Jadwiga Chojnacka, Mieczysław Czechowicz, Emilia Krakowska, Władysław Hańcza i późniejszy mój dyrektor w Teatrze Osterwy - Ignacy Gogolewski. To była aktorska śmietanka. Z Władysławem Hańczą spotkałem się też na planie filmu „Kaprysy łazarza”. Byłem zauroczony tymi świetnymi aktorami, wielką szkołą aktorstwa. To inna, niedzisiejsza epoka. Inni aktorzy. To były cudowne spotkania. Ci wielcy aktorzy mnie młodemu pomagali, czułem się zaopiekowany na planie. 

* Jakaś anegdota?

- Pamiętam jak grałem ucznia Gustawa Holoubka w filmie „Pejzaż z bohaterem”. Pamiętam, jak my młodzi coś krytykowaliśmy, Holoubek podszedł i mówi: Ach wy młodzi, wy wszystko wiecie lepiej. I odszedł. Była taka scena, że przeszkadzałem mu, żeby wszedł na podwórko mojego ojca. Zastawiłem nogą wejście, złapał mnie i odrzucił. Po scenie powiedział: panie kolego, pan jest taki sprawny silny, czy mógł by mi trochę pomóc i nie opierać się tak bardzo. Przy powtórce tak zrobiłem, a Holoubek jak mnie nie złapie, rzucił mnie na cztery metry. Zrobił to tak sprawnie, technicznie doskonale, że byłem pełen podziwu. 

* Zróbmy przerwę od wspomnień. Jurku, co w życiu jest ważne?

- Moją życiową dewizą jest uczciwość. Do ostateczności. Uczciwość wobec siebie i wobec innych. Kiedyś, jak to w życiu, ważne były też pieniądze, żeby utrzymać rodzinę. Aktorzy byli biedni, mnie się udawało, kontakty z filmem trochę mnie ratowały finansowo. Mój kolega mówi: „popatrz, myśmy mieli dużo szczęścia. Za naszych czasów teatr miał pewną misję, był bardzo dobry, poziom aktorstwa był bardzo wysoki”. Tego mi dziś brakuje. 

* Wiem, że rodzina jest dla ciebie bardzo ważna?

- Tak, pochodzę z wielodzietnej rodziny. Nas było sześcioro. Dziś cieszę się moją rodziną, raduję się moimi dziećmi, wnukami i wnuczkami: Agatką i Joasią. Oraz Jankiem Rogalskim, który kończy studia. Ktoś mnie kiedyś spotkał wieczorem i mówi: No tak Rogalski, skończyło się aktorowanie, zaczęło się dziadkowanie. 

* Jurku, spojrzyjmy jeszcze raz wstecz. Skąd twoja miłość do teatru?

- O zawodzie aktora marzyłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej. To się prawdopodobnie wzięło z tradycji kościelnych, ponieważ w Moszczenicy byłem ministrantem. Na lekcjach religii siostry wyreżyserowały jasełka. Zagrałem, następnie po raz drugi wystąpiłem na scenie w spektaklu pasyjnym. Klimat kościoła, religii był dla mnie bardzo istotny i moje aktorstwo z tamtych przeczuć i marzeń się wzięło. Ale jak chodziłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, to moi rodzice dostali bilety do teatru na „Balladynę” Słowackiego. Rodzice nie mogli iść, poszedłem sam. Usiadłem blisko sceny, w czwartym rzędzie. Siedziałem oglądałem, ale jak ukazał się duch Aliny, po cichutku uciekłem z teatru. Na drugi dzień nie dałem za wygraną, jakimś cudem zdobyłem dwa bilety daleko od sceny i poszedłem z siostrą. Trzymając siostrę za rękę obejrzałem całe przedstawienie. Może z tamtych przeżyć stało się tak, że zawód aktora traktuję bardzo serio i w moich rolach zawarte było jakieś sacrum. Jakaś świętość, coś metafizycznego. 

* Czy jeszcze marzysz o wielkiej roli?

- Dwa trzy lata temu zacząłem pracować nad sztuką „Ja Feuerbach” na podstawie dramatu Tankreda Dorsta. W tej roli kiedyś zobaczyłem Tadeusza Łomnickiego. Zacząłem się do tej roli przymierzać. W sumie mam ją przygotowaną. Nawet zacząłem próby w Teatrze Osterwy. Do spektaklu nie doszło. A poza tym ja się postarzałem. A to jest dwie godziny bez przerwy na scenie. W zasadzie sam. Nie te siły, nie ta energia. Ale co ciekawe. To, że jej nie zagrałem sprawiło, że ta rola jest we mnie. Czeka, sprawia, że jakiś sposób czuję się jeszcze aktorem.

* Jeździsz jeszcze na składaku?

- Słuchaj, ja na składaku jeżdżę od 50 lat. Skąd te składaki? To było tak. W Koszalinie, w moim pierwszym teatrze zobaczyłem, jak tamtejszy dyrektor filharmonii, pierwszy dyrygent, elegancki pan jeździł sobie na składaku do filharmonii. Pomyślałem: dlaczego ja mam tak nie jeździć? Kupiłem składaka. Jeżdżę. Ze trzy składaki mi ukradli. Ostatnio nawet tu spod bloku na Czechowie. Ale coś mnie tknęło, żeby pójść na skup złomu. Patrzę, stoi mój składak. Pytam: ile pani za niego zapłaciła. Odpowiada: 20 złotych. Wyciągnąłem pieniądze, zapłaciłem zabrałem rower. Nie wygląda, ale jeździ. Nie jestem zapalonym rowerzystą, ale kiedyś 70 km na składaku zrobiłem. Nie jeżdżę wyczynowo, jeżdżę na składaku użytkowo. Całą zimę. Mało tego - i nie choruję. A poza tym składak to wygodny rower, krótka droga spadania. 

* Skąd miłość do jamników?

- Jak jeszcze byłem kawalerem przyhołubiłem psa przybłędę. Jechałem z koleżanką autobusem z Koszalina do Mielna. Czekamy na przystanku, kręci się mały piesek. Wsiadamy do autobusu, wsiadł piesek. Wysiadamy w Mielnie, piesek też wysiada. Idzie w kierunku smażalni ryb. Zaczepiłem go pytając: gdzie ty piesku idziesz. Wyobraź sobie, że wrócił się do mnie, poszedł z nami na plażę, wykopał sobie dołek w piasku, leżał przy nas cały czas. My do domu, on idzie z nami. Zabrałem go do siebie. Miałem go rok, niestety zabił go samochód. A później kolega chciał się pozbyć jamniczki; czy ja bym nie wziął? Zapytałem żony - mówi, że tak. To był tak delikatny, ułożony jamnik. Miał anielski wzrok. Wsiąkłem. Ale na wakacjach obudził się w niej instynkt łowiecki, wstawała rano, polowała, wracała z zakrwawionym pyskiem i pokiereszowanymi łapkami. Potem pojawiła się następna suczka, moja córka ma jamniczkę, teraz jest piesek, jamnik króliczy. Kiedy w domu pojawił się duży telewizor, zaczęło go to bardzo interesować. Któregoś dnia oglądałem mecz Agnieszki Radwańskiej. Mój pies chodzi, patrzy, przygląda się, za chwilę znika, wraca z piłeczką tenisową w zębach, siada przed telewizorem i proponuje Radwańskiej, żeby wzięła od niego piłeczkę. Messi jest niesamowity. 

* Jurku - marzenia?

- O, żeby być zdrowym na ciele, umyśle i na duchu. Żeby doczekać, jak dorosną moje wnuczki. Chciałbym jeszcze zagrać sztukę, którą noszę w sobie. Jednak!

* Wchodzimy rozmową w nowy, 2026 rok. Czego chciałbyś życzyć Czytelnikom Dziennika Wschodniego?

- Przede wszystkim spokoju. Żeby nie daj boże jakieś drony nad głowami nam nie latały. Zdrowia, zdrowia, zdrowia. Nadziei, żeby się Polsce dobrze działo.


Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama