Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
NASZ CYKL: DZIEWCZYNY Z KALINY, CHŁOPAKI Z KROCHMALNEJ

Plac Litewski był dla wszystkich: rowerzystów, meneli, homoseksualistów i zomowców

Chodziłem do szkoły podstawowej nr 24 na rogu Niecałej i Radziwiłłowskiej i „bujałem” się po tych samych ulicach co pan Jacek z ulicy Niecałej (od red: tekst „Na Starym Mieście rządziła łobuzerka, a na Niecałej banda „Generała”). Niewiele osób pamięta, jak kiedyś wyglądało szkolne boisko przy tej szkole. To był zwykły plac ze żwirem czy też żużlem. Po każdej lekcji WF, a zwłaszcza po grze w piłkę, wyglądało się jak obraz nędzy i rozpaczy. Nogi obowiązkowo brudne do kolan i nierzadko pozdzierane kolana, a do tego drobinki tego „czegoś” powbijane w rany – wspomina pan Artur.
plac litewski przed przebudową

Autor: Jacek Mirosław

Wchodząc na to boisko od strony Radziwiłłowskiej po prawej stronie był odgrodzony wąski pas, coś na kształt bieżni, też z tym żużlem rzecz jasna. I tu ta ciekawostka – właśnie w tamtym miejscu wykopywało się pociski karabinowe. Sam miałem kilka sztuk.

Nauczycielka matematyki

Większość wspomnień odnosi się do szkoły. Nigdy nie zapomnę najlepszej nauczycielki od matematyki jaką kiedykolwiek miałem. O ile na inne lekcje chodziło się niekiedy z przymusu to na matematykę ja chodziłem bardzo chętnie. To była Pani Irena Orzeł. Naprawdę świetna nauczycielka, która umiała pracować z dziećmi i do czegoś je zachęcić. W tym przypadku akurat do matematyki.

Były też inne historie, których nie sposób zapomnieć. Pod koniec mojej 7 klasy z ubikacji na drugim piętrze przez okno wyleciał kibel. W tym samym roku kolega wiedząc, że nie zda do następnej klasy, powyrzucał przez okno wszystkie książki na boisko. I ten sam kolega, idąc po świadectwo – oczywiście bez promocji do następnej klasy – wręczył wychowawczyni kwiatek z czarną wstążką z napisem "Ostatnia droga".

W fontannie kąpały się dzieci

Po szkole najbliżej był Plac Litewski, albo skwerek na Dolnej 3-go Maja przed rzeką Czechówką po lewej stronie. Skwerku nie ma, a Plac Litewski, jak go teraz widzę, to mi się płakać chce... Mam wrażenie, że Lublin powoli zamienia się w kamienne miasto. Jak nie kostka brukowa to płyty betonowe. Co w tym ładnego? 

Ciekawym miejscem na starym Placu Litewskim była wierzba płacząca, niedaleko bocznego wejścia do UMCS. Ulubione miejsce meneli. Zwisające gałęzie z każdej strony skutecznie osłaniały przed widokiem, a wejście znali zainteresowani. Niedaleko ówczesnego szaletu miejskiego było ulubione miejsce homoseksualistów. Fontanna może nie była tak elegancka jak teraz (chociaż to kwestia gustu), ale w ciepłe dni przyciągała mnóstwo osób, a zwłaszcza dzieci. I można było w niej chodzić do woli. Zresztą były dwie fontanny bo zaraz obok była mniejsza, równie popularna.

Na rowerze bez trzymanki

Plac zabaw może nie był z nowoczesnym wyposażeniem, ale był i w zupełności nam wystarczał. Były jedne większe drabinki, które nie raz skłaniały do gimnastycznej rywalizacji. Niestety, kiedyś jednemu z nas nie wyszło i zabrało do pogotowie. Skończyło się na wstrząśnieniu mózgu.

Jeździliśmy też oczywiście na rowerach i tu też głównie po Placu Litewskim, ale też po tym skwerku przed Czechówką. A jak się zrobiło kartę rowerową to już była pełna swoboda.Kurs był oczywiście organizowany w szkole. Z kartą można było już luksusowo – bo po ulicy, a nie po chodniku – wybrać się gdzieś dalej. Na przykład na Górki Czechowskie. To było ciekawe miejsce. Był czołg, było działko przeciwlotnicze. Były kanały po których można było sobie pochodzić.

A wracając do jazdy na rowerze po Placu Litewskim to też mieliśmy kiedyś niespodziankę. To było jakoś latem, jeździliśmy z kolegami. Zaczepił nas pewien starszy pan i zaproponował, że kupi nam po lodzie, jeśli uda nam się objechać cały plac dookoła bez trzymania kierownicy. Koledze chyba się udało już za pierwszym razem, mnie za drugim. Ale po lodzie zarobiliśmy. 

Era automatów

Za czasów szkolnych chodziliśmy doj knajpki koło Placu Litewskiego, tam gdzie kiedyś był postój taksówek, był też bar mleczny na Krakowskim Przedmieściu. Doskonale pamiętam Jedną z pierwszych pizzerii w Lublinie, która znajdowała się na dzisiejszej ulicy Peowiaków. Ta pizza była z reguły z kurczakiem. Czasem trzeba było się trochę poczekać, bo na tę pizzę zjeżdżali się ludzie z całego miasta. 

A skoro o Peowiaków mowa to trudno nie wspomnieć o najbliższym kinie Wyzwolenie. Chodziliśmy też do innych kin: do Kosmosu, do Robotnika, do Domu Nauczyciela, do Staromiejskiego. Chociaż do tego ostatniego to najrzadziej, bo można było zarobić butelką w głowę od miejscowych okupujących balkony. 

I w końcu nastała era automatów. Rowery w odstawkę, kino w odstawkę. Godziny spędzone na maszynach. Najbliższym, ulubionym przybytkiem był "Reflex" mieszczący się w suterenie na zbiegu Kościuszki i Peowiaków. Tam nawiązywało się nowe znajomości z ludźmi z różnych miejsc Lublina. Były też i minusy tego miejsca. Bardzo często pojawiali się niemile widziani goście, którzy podjeżdżali drogimi, jak na tamte czasy, samochodami i okupowali cześć maszyn. Na szczęście były inne przybytki, najbliższy na skwerku koło LDK-u (od red: dawniej Lubelski Dom Kultury, dziś Centrum Kultury w Lublinie), ale jeździło się też na Maki.

Ucieczka przed zomowcami

Jeszcze taka wspominka. Do naszej szkoły chodzili wszyscy z najbliższej okolicy: z Niecałej, ze Staszica, z Zielonej, z Krakowskiego, z Dolnej 3-go Maja, z Ogrodowej, z Narutowicza, z Okopowej, z Leszczyńskiego. Jak się miało takich kolegów, to się znało wszystkie przejścia, niekoniecznie oficjalne. Wszystkie skróty, zaułki. Dzisiaj już niewiele z tego zostało. Dla przykładu: kolega mieszkał w domu na Dolnej 3 Maja, tam gdzie kiedyś osunęła się skarpa, a dzisiaj jest hotel. Ze szkoły można było dojść w okolicę zejścia w Dolną 3 Maja nie idąc ani razu po chodniku. Wchodząc w bramę na 3 Maja można było wyskoczyć na Ogrodową. Co prawda trzeba było przejść przez czyjeś działki, ale się dało.

I ta umiejętność kiedyś się przydała. Postanowiliśmy, jak zawsze, pójść pograć w piłkę na Plac Litewski. Dochodząc do Placu usłyszeliśmy jakieś okrzyki, nawoływania z okolicy poczty. Człowiek ciekawy, to poszliśmy zobaczyć, o co chodzi. I tu się zaczął pech. Nie zwróciliśmy uwagi, jaki to był dzień, w sumie w tym wieku mało się zwracało uwagę na te sprawy. A to akurat był 3 maja, a my trafiliśmy na akcję ZOMO skierowaną do nielegalnej wówczas demonstracji. Nie miał znaczenia nasz wiek. Zaczęliśmy uciekać, a zomowcy zaczęli nas gonić. I wtedy przydała się znajomość okolicy. Wpadliśmy właśnie w tę bramę na 3 Maja i przez ogródki uciekliśmy na Ogrodową. Z tego, co pamiętam, to jednak jeden z nas oberwał pałką po plecach zanim ich zgubiliśmy.

Prowokator

Z okresu stanu wojennego mam jeszcze jedno wspomnienie. Któregoś wieczoru naprzeciwko naszych okien, pod UMCS, stanął transporter opancerzony, chyba ze dwie nyski policyjne i oddział ZOMO. Być może był też czołg, tego nie jestem pewien.

Oczywiście wszystko to oglądaliśmy zza firanek i przy zgaszonym świetle. W którymś momencie zza kordonu zomowców wybiegł mężczyzna i zaczął wołać "Solidarność, Solidarność". Była to oczywiście nieudolna akcja prowokacyjna, bo skąd wśród oddziału ZOMO mógł się wziąć ktoś taki? I wtedy moja matka nie wytrzymała, wyszła na balkon i zawołała "To prowokator, nie słuchajcie go, to prowokator!". Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Nie wiem z czego oni wtedy strzelili, ale kamienicą porządnie zatrzęsło. Cud,że szyby w oknach się ostały, chociaż w jednym oknie mieliśmy później pękniętą szybę.

Not. Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Czekam na opowieści o Waszych ulicach: [email protected]

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama