Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama Obserwuj Dziennik Wschodni na Facebooku!
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Na LSM-ie można było przepaść i zniknąć

LSM na Konopnickiej to jest miejsce, które wraca do mnie natychmiast - czasem przez zapach, czasem przez dźwięk, czasem przez kompletnie przypadkowy szczegół. I choć dzieciństwo to przecież tylko chwile, krótkie sceny porozrzucane po latach, ja mam je w głowie jak całą powieść. Z rozdziałami, bohaterami, mapą terenu i zasadami, które wszyscy znali bez tłumaczenia – opowiada Szymon Wach z ulicy Konopnickiej 15.
Budowa bloków z wielkiej płyty – Lublin, lata PRL

Autor: Teatr NN

Najpierw były alejki. Kręte, wygodne, idealne do wszystkiego, co da się wymyślić dziecięcą głową. Najważniejsze były kapsle. Trasy rysowane kredą wyglądały poważnie jak autostrady, tylko w skali naszego świata: zakręty, zwężenia, linie startu, czasem nawet „strefy karne”, bo przecież zawsze trzeba było coś dopisać. Kapsel nie był kapslem „z byle czego”. Każdy miał swoje właściwości, charakter, swoje szczęście albo pecha. Jedne skręcały elegancko, inne lubiły wypadać na zakrętach, jeszcze inne miały tę irytującą cechę, że w decydującym momencie robiły ruch w bok i psuły całą dramaturgię. A my, schyleni nad tym torowiskiem z kredy, prowadziliśmy wielkie wyścigi o nic - czyli o wszystko.

Kawałek dalej – huśtanie „do sztangi” miało w sobie coś z popisu, ale takiego, który naprawdę robił wrażenie. Hardcorowcy próbowali latać wyżej (nawet czasem skakać!), reszta patrzyła z mieszaniną podziwu i strachu, a potem wielu chciało spróbować, choćby raz. Ktoś tam czasem złamał rękę, ale tylko dodawało to magii. Dzisiaj myślę o tym i widzę, jak dużo w tym było odwagi i jak mało kalkulacji: człowiek się rozpędzał, łapał i leciał, a świat na sekundę stawał się prosty.

Wieczorami rządziła karuzela

Najpierw kręciło się normalnie, ale to była tylko rozgrzewka. Prawdziwa zabawa zaczynała się wtedy, kiedy tempo rosło i już nie do końca wiadomo było, czy człowiek się śmieje, czy krzyczy, czy po prostu walczy o utrzymanie się na tej metalowej planecie. I ten klimat późnych godzin… Okna i balkony pootwierane, z mieszkań dobiegał dźwięk telewizorów - czołówki programów, jakieś rozmowy dorosłych, fragmenty wiadomości. To było takie tło świata „dla dużych”, które nie miało dla nas znaczenia. My byliśmy na zewnątrz i mieliśmy swój czas. Dłuższy. Ważniejszy.

Była też zabawa w chowanego, która na LSM-ie miała sens, bo krzaki i drzewa były naprawdę gęste. To nie były ozdobne roślinki w donicach. To były miejsca, w których można było zniknąć. Człowiek wchodził w zieleń i nagle robiło się cicho, a serce waliło, bo ktoś przebiegał metr obok i nie widział. I ten śmiech tłumiony w dłoniach, i to uczucie triumfu, że jesteś niewidzialny i ten moment gdy człowiek zaklepał się pierwszy... - wszystko bez technologii, bez sztuczek, tylko dzięki temu, że świat był odpowiednio bujny.

Graniczny wąwóz

Największą przestrzenią przygody był wąwóz. To było coś jak granica między osiedlem a dziczą - tylko że „dziczą” w naszym rozumieniu. Górki, na których kopało się ziemianki, były prawdziwym placem budowy. Kij, łopatka, ręce, czasem jakieś deseczki. Budowało się bazę, a w środku pachniało ziemią, trochę wilgocią, trochę tajemnicą. I zawsze miało się wrażenie, że to jest schron, w którym nikt z dorosłych nie ma nic do gadania. W tle toczyły się ciągle piłkarskie gry w „kwadraty”, „jedno podanie”.

Potem przyszło fantasy, takie pierwsze, jeszcze nie na komputerze: Magia i Miecz, gra prosta, ale magiczna jak cale dzieciństwo. Graliśmy w domach lub na kocach przed blokiem w piękne, letnie, długie, wakacyjne poranki. 

Jakimi szczęściarzami jesteśmy mając takie doświadczenia?

Całe osiedle pachniało trawą

I jeszcze jedno wspomnienie, które mam zapisane nie obrazem, tylko zapachem: moment po koszeniu trawy latem. Nagle całe osiedle pachniało świeżo skoszoną trawą, ciepłym powietrzem, sierpniowym spokojem. Dla nas była to dostawa materiałów budowlanych. Z tej skoszonej trawy i opadłych gałęzi budowało się domki. Ktoś nosił gałęzie, ktoś układał trawę i co jest interesujące, sam proces budowy był najfajniejszy. 

A potem przychodziła zima, czyli drugi sezon tej samej historii. Zjazdy na sankach z górek w dół do wąwozu były obowiązkowe, ale najlepszy patent to był „pociąg”: sanki doczepione jedne do drugich. Przód niby prowadził, ale tak naprawdę wszyscy lecieli na żywioł, a śmiech niósł się po całej górce. I jeszcze ten klasyk: wylewanie wody w ściśle określonych miejscach, żeby zrobić ślizgawkę. Każdy wiedział, gdzie ma sens, gdzie zamarznie najlepiej, gdzie będzie najfajniejszy poślizg. I potem całe osiedle miało swoją tajną taflę lodu, którą się „uruchamiało” wspólnym wysiłkiem.

Czyste szczęście

To wszystko było doświadczenie radości i szczęścia w czystej postaci - bez rozkmin, bez planowania, bez ekranów, bez ciągłego „trzeba”. Wystarczały kapsle, kreda, karuzela, krzaki do chowanego, wąwóz z górkami, trawa po koszeniu i ekipa, która zawsze była pod blokiem.

I może właśnie dlatego pamiętam to jak sen: trochę podkręcone kolory, ciągłe sierpniowe słońce, wieczory z dźwiękiem telewizorów z otwartych okien. Tyle że to nie był sen wymyślony. To był nasz świat. Miejsce, które zostało na zawsze w pamięci - nie jako adres, tylko jako stan. I czasem naprawdę wystarczy jeden zapach świeżo skoszonej trawy, żeby znów tam być. Choćby na chwilę.

Piszcie do mnie o swoich ulicach: [email protected]

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama