Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama
NASZ CYKL: DZIEWCZYNY Z KALINY, CHŁOPAKI Z KROCHMALNEJ

Na szczaw na kirkut i biegiem nad Bystrzycę

Jestem dziewczyną z Kaliny i po przeczytaniu wspomnień z ulicy Bieruta postanowiłam podzielić się swoją historią. Ja mieszkałam po drugiej stronie wąwozu, na osiedlu Niepodległości w spółdzielni Motor i chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 10. Tej samej, z którą rywalizowała podstawówka z Bieruta – wspomina Katarzyna Rycka.
Na szczaw na kirkut i biegiem nad Bystrzycę

Autor: ARCHIWUM TEATR NN, EDWARD HARTWIG

Do 11-kondygnacyjnego wieżowca na obrzeżach osiedla Niepodległości (*) sprowadziliśmy się z rodzicami na początku lat 70. XX wieku. To było nowe osiedle, bardzo wówczas atrakcyjne. Bardzo dużo alejek spacerowych, rozległe trawniki i plac zabaw niemal przy każdym bloku. Zapamiętałam najbardziej tę zieleń i jeszcze duże rzeźby na trawnikach (**). Nie mieliśmy pojęcia, kto je wykonał i co przedstawiają, ale wydawało mi się to takie nowoczesne i inne od tego, co dotychczas widziałam. Wieżowiec, w którym mieszkałam zamykał osiedle. Za nami to już były tylko pola i łąki, a dalej Bystrzyca. Nad rzekę chodziłam z bratem się opalać. Było jak na wsi. 

Windy strachu

Mieszkaliśmy na ósmym piętrze. Wysoko, ale były dwie windy wyłożone w środku ciemnobrązową okleiną. Dawało to takie ponure wrażenie, do tego często wykręcane były żarówki, więc panowała totalna ciemność. Te windy wciąż się psuły, zacinały, stawały między piętrami. Kiedy byłam dzieckiem bałam się do nich wsiadać, bo nigdy nie wiedziałam, czy i kiedy winda się zatrzyma. Była zamykana na drzwi zewnętrzne i jeszcze wewnętrzne, dwuskrzydłowe. Te drzwi w środku trzeba było odpowiednio docisnąć, żeby winda ruszyła. Jak się je puściło, to można było zaciąć i zatrzymać na półpiętrze na długie godziny. Prawdę mówiąc, te samotne jazdy windą śnią mi się do dzisiaj. I to są koszmary. 

Z dziewiątego piętra rozciągał się widok na Bystrzycę, okoliczne tereny i kawałek ulicy Turystycznej. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale chyba nieopodal była stara oczyszczalnia ścieków. Na pewno w końcu została zlikwidowana, ale ten smrodek z dzieciństwa to pamiętam dobrze. 

Klitki, kliteczki

Na jednym piętrze było aż dziesięć mieszkań, pięć po jednej stronie, pięć po drugiej. Czyli w sumie w jednym wieżowcu mieszkało ponad sto rodzin – razem kilkaset osób. Znaliśmy tylko najbliższych sąsiadów i tych, którzy mieli dzieci w wieku moim i mojego brata. Nasze mieszkanko było malutkie, dwa małe pokoje z mikroskopijną kuchnią (ale oddzielną i z oknem!). Rodzice mojej przyjaciółki pracowali na uniwersytecie i oni dostali trzy pokoje – tyle że te trzy pokoje były jakoś dziwnie rozstawione, jakby wydzielone z jednego pokoju. I to też była klitka, tylko bardziej „pokręcona”. 

Ale w mieszkaniu nie spędzało się dużo czasu. Po pierwsze biegało się całą bandą nad Bystrzycę, żeby trochę pomoczyć nogi. Po drugie biegało się na kirkut na Walecznych, żeby najeść się dorodnego szczawiu. A po trzecie biegało się na ulicę Trześniowską, żeby po godzinie stania w kolejce do lodziarni dostać swoje ulubione śmietankowe lody. 

Wytłumaczę się z tego szczawiu. Nikt nie wyjaśniał wtedy dzieciom, co to jest kirkut, jaka jest historia tego miejsca. To był rozległy teren porośnięty trawą i chaszczami, ogólnodostępny i bardzo zaniedbany. Dla dzieci to był raj do zabawy. W lecie całe rodziny przychodziły tu z kocami się opalać. A szczaw rósł wszędzie i oczywiście jedliśmy go od razu po zerwaniu. 

Dla dzieci i dla kobiet

Kiedy byłam starsza dużo więcej atrakcji znajdowałam w środku osiedla. Alejki tworzyły sieć korytarzy – jak w labiryncie. Można było krążyć godzinami. Było mnóstwo zieleni, całe połacie zadbanych trawników i kolorowe rabaty z kwiatami. Tymi alejkami można było dojść do kompleksu handlowego przy ulicy Koryznowej. Czego tam nie było! Po pierwsze sklep z zabawkami. Wydawał mi się ogromny i wypełniony po brzegi zabawkami. Te zabawki podawały zza lady panie ekspedientki, czasem trzeba było odstać swoje w kolejce, ale zawsze było warto. Pamiętam drewniany, miniatury komplet mebli dla lalek, który kupiła mi mama w tym sklepie. Te mebelki były śliczne, prawdziwe dzieła sztuki, zaprojektowane z dbałością o każdy detal. Trzymałam go wiele lat, bo były wyjątkowe. 

Obok był sklep kosmetyczny, w którym jako nastolatka kupiłam moje pierwsze perfumy o nazwie Elle. Ten zapach pamiętam do dzisiaj, to był zapach dorosłości i kobiecości. Sklep kosmetyczny pachniał bardziej proszkiem do prania niż perfumami, ale i tak byłam jego stałą klientką. Żeby przynajmniej popatrzeć na sklepowe półki i szklane witryny z kolorowymi kosmetykami firm Miraculum, Celii czy Polleny-Ewy. 

Zapach luksusu

Dalej, z tego co pamiętam, był ogromny sklep mięsny, do którego zawsze ustawiały się kolejki. A już kilkanaście metrów dalej był zupełnie inny świat – Pewex. Zapach luksusu czułam już na dworze, zanim jeszcze otworzyłam drzwi. To był zapach kawy, czekolady, gum balonowych, jeansu i luksusowych alkoholi. Półki uginały się od towarów, których nie znałam nawet z telewizji. Pamiętam, że wódkę można było kupić już za jednego dolara, a spodnie jeansowe Levisy kosztowały kilkanaście dolarów. Ale do Pewexu nie chodziło się po to, żeby coś kupić. Tam chodziło się, żeby przesiąknąć zapachem luksusu i nacieszyć oczy widokiem, który przyprawiał o zawrót głowy. 

Po drugiej stronie ulicy, bliżej kirkutu, był zakład fotograficzny. Wszystkie zdjęcia do legitymacji szkolnych były robione właśnie tam. Tam również miałam sesję fotograficzną po komunii. Patrzę dziś na te zdjęcia i widzę, jak były dopracowane, jak dobrej były jakości. Kiedyś moje zdjęcie „wylądowało” za szybą zakładu. Chyba nigdy nie byłam tak dumna, tak szczęśliwa. Chodziłam tam specjalnie po to, żeby popatrzeć na swoje zdjęcie! W końcu zniknęło, zastąpione zdjęciem innego dziecka. Ale i tak miałam swoje pięć minut. 

Maciek i Maluch

Moja kolejna ulubiona miejscówka mieściła się na ulicy Rutkowskiego, czyli dzisiejszej ulicy Kleeberga. Dwupiętrowy pawilon handlowy kojarzy mi się z Maluchem i Maćkiem. Maluch to był kultowy sklep z ubraniami dla dzieci. Wąski i długi, z wieloma ladami i raczej ograniczonym asortymentem. Ale tylko tam można było się ubrać, więc kupowało się, co akurat rzucili. Biały szlafrok kąpielowy z kolorowym chińskim smokiem był absolutnie ekskluzywnym nabytkiem z Malucha, który służył mi jakieś kilkanaście lat. 

A do Maćka chodziło się na obiady. To był chyba taki duży bar samoobsługowy, niedrogi i dobrze zaopatrzony. Konkurencja dla Kaprysu i Kalinki z ulicy Bieruta. 

Mieliśmy więc na naszym osiedlu wszystko, czego potrzeba było do życia. Pamiętam jeszcze Dom Kultury „Kalinowszczyzna”, punkt „Praktyczna Pani” i skup makulatury. Osiedle było małym miastem, które zaspokajało wszystkie potrzeby dzieci i dorosłych. Dla mnie to był cały świat, w ogóle nie ciągnęło mnie dalej. 

Cała dzielnica w strachu

Pewnego dnia naszym osiedlem, a właściwie to całym miastem, wstrząsnęła straszna wiadomość. W wieżowcu na ulicy Jedności Robotniczej (dzisiaj to ulica Tumidajskiego) została w bestialski sposób zamordowana listonoszka (***). Takiej zbrodni tu nigdy nie było, żyliśmy spokojnie, w absolutnej sielance. W jednej chwili to poczucie bezpieczeństwa legło w gruzach. Sąsiedzi mówili tylko o tym mordzie, rodzice nie wypuszczali dzieci z domów. 

Zapanowała psychoza strachu. Wszystko nagle nabrało nowego wymiaru. Zielone alejki już nie zachęcały do wieczornych spacerów, do windy nie wsiadało się z nieznajomymi, wiele korytarzy zostało zakratowanych przez mieszkańców. Ludzie przestali sobie ufać. Zaczęli się izolować. To była taka granica między tymi starymi, spokojnymi czasami, a nowymi, w których nikt, nigdzie i już nigdy nie mógł czuć się w pełni bezpiecznie. 

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Piszcie do mnie o swoich ulicach: magdabozko@poczta.onet.pl

W UZUPEŁNIENIU - WYJAŚNIENIA

(*) Osiedle Niepodległości – osiedle w północnej części Lublina, część dzielnicy Kalinowszczyzna, należące do RSM Motor. To największe osiedle Spółdzielni „Motor”, położone na wzgórzu, wzdłuż Al. Gen. Andersa. Jego budowę rozpoczęto w 1972 r. wg projektu architektów Rity i Tadeusza Nowakowskich. W naturalną rzeźbę terenu wkomponowanych zostało 15 wieżowców i 15 budynków pięciokondygnacyjnych z 2316 mieszkaniami o powierzchni 104.495 m kw. Na terenie osiedla od 1976 r. działa założony przez spółdzielnię międzyosiedlowy Dom Kultury „Kalinowszczyzna”. W 1979 w ramach czynu społecznego na osiedlu oddano do użytku m.in. kilka boisk, tor przeszkód, plac zabaw, wypożyczalnię sprzętu sportowo-turystycznego i salę ćwiczeń gimnastycznych.

(**) Rzeźby na osiedlu Niepodległości między blokami i na zielonych skwerach są efektem działań studentów Wychowania Artystycznego UMCS Lublin. Pod koniec lat 70. zorganizowano tu plener artystyczny pod kierunkiem prof. Sławomira Mieleszki. Powstało kilka kamiennych rzeźb – zarówno abstrakcyjnych form, jak i przedstawień figuralnych. Osiedle Niepodległości zdobią również popiersia dowódców historycznych m.in. Tadeusza Kościuszki, Józefa Bema, Jarosława Dąbrowskiego.

(***) Morderstwo listonoszki. Do morderstwa doszło 12 listopada 1990 r. Listonoszka, która roznosiła emerytury po domach na Kalinowszczyźnie, została wciągnięto do jednego z mieszkań w wieżowcu przy ul. Jedności Robotniczej (dziś Tumidajskiego). Zabójca dusił kobietę szalikiem, bił tępym narzędziem (najprawdopodobniej młotkiem) po głowie, zgruchotał jej żebra naciskając kolanem na klatkę piersiową. Po morderstwie zabrał z torby listonoszki 13 mln 115 tys. zł. Dwa dni później przeniósł zwłoki do piwnicy bloku i tam je podpalił. Nadpalone ciało znaleźli sąsiedzi, którzy zeszli do piwnicy, bo poczuli swąd. Na ławie oskarżonych zasiedli: Zbigniew G., jego przyjaciółka - Stanisława B. i znajoma - Przemysława S. Mężczyzna usłyszał zarzut morderstwa, a kobiety sądzono za pomoc w zacieraniu śladów.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama