Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Ireneusz Pietrzykowski (Chełmianka): Żal, że nie dojechaliśmy chociaż do baraży

Rozmowa z Ireneuszem Pietrzykowskim, trenerem Chełmianki
Ireneusz Pietrzykowski (Chełmianka): Żal, że nie dojechaliśmy chociaż do baraży
Ireneusz Pietrzykowski z końcem czerwca pożegna się z Chełmianką

Autor: Chełmianka Chełm/facebook

• Co spowodowało że Chełmianka nie znalazła się w czołowej dwójce tabeli na koniec sezonu? 

– Do rywalizacji o te dwa miejsca przystąpiły trzy drużyny o podobnym poziomie organizacyjnym, finansowym i sportowym. Jeżeli miałbym szukać jednej rzeczy, która była kluczowa, to wskazałbym mecze z teoretycznie słabszymi zespołami, w których pogubiliśmy trochę punktów. Pewnie na jesieni w spotkaniu ze Świdniczanką, ze Stalą Kraśnik. Na wiosnę to byli Czarni Połaniec, ale i oba mecze z Lubaczowem czy jeszcze Wiślanie Skawina, no i oczywiście Cracovia II. Sporo nam tych punktów uciekło, które mocno ważyły. Skoro między trzema drużynami na szczycie tabeli te różnice były bardzo małe, to właśnie drobne rzeczy były decydujące. 72 punkty na koniec sezonu, to moim zdaniem przyzwoity wynik. Okazało się jednak, że to było za mało.

• Wydawało się, że po golu na 3:2 w meczu z rezerwami Cracovii skończycie rozgrywki na drugim miejscu i zagracie w barażach. Niestety, seria błędów spowodowała, że rywale zdążyli jeszcze wyrównać. Były jakieś szczególne pretensje do niektórych zawodników, chociażby bramkarza, który zdecydowanie za szybko wznowił grę? 

– Nie, zupełnie nie. Adam Wilk wielokrotnie nam pomógł w tym sezonie. Akurat w tej sytuacji zadziałał instynktownie. Nie było bramkarza w bramce rywali, bo pobiegł w nasze pole karne. Zadziałał instynkt i Adam szybko wznowił grę. Nie ma jednak mowy o żadnych pretensjach, Adam był pewnym punktem zespołu. Co więcej, żeby stracić bramkę, to musi się po drodze zdarzyć ileś tam błędów. Tutaj też wydarzyło się więcej niż to zbyt szybkie wybicie. Krystian Okoniewski był bliski zablokowania tego kopnięcia w kierunku naszego pola karnego. Piotrek Cichocki chyba przegrał pojedynek, a Michał Mydlarz nie zablokował dośrodkowania. Strzelił nam też zawodnik, który szybko wznowił wtedy aut. Trudno też myśleć o jakimś rozprężeniu, po prostu przeciwnik też dążył do wyrównania, w tej lidze z każdym trzeba się bić do końca. 

• Uważa pan, że grupa czwarta Betclic III ligi jest najmocniejsza? 

– Bez wątpienia tak. Na pewno jest też najbardziej wyrównana i trzeba się napracować na każde zwycięstwo. Wydaje mi się, że w tej lidze nie ma meczu, w którym wychodzisz i wiesz, że na pewno wygrasz. Zdarza się to jednak w innych grupach. Tutaj zespoły z dołu potrafiły zabrać punkty faworytom, a jeżeli nie zabrały, to na pewno napędziły stracha.

• Kontuzja Bartka Korbeckiego też na pewno pokrzyżowała wam szyki na wiosnę? 

– Na pewno tak, nie ma co ukrywać, że to jeden z najlepszych zawodników tej drużyny, który wielokrotnie pchał nas do zwycięstw. W końcówce wrócił na boisko, ale nie był jeszcze w takiej formie, jak zwykle. To było jednak duże osłabienie. Taka jest też piłka, w każdym sezonie pojawiają się: kontuzje, problemy, ale nie tylko u nas. Przeciwnicy pewnie mieli podobne historie w trakcie rozgrywek. Trzeba sobie z tym radzić. My bez Bartka raczej punktowaliśmy przyzwoicie, ale uważam, że jego rola jest nieoceniona.

• Jak to się stało, że w ogóle wrócił do gry przed końcem sezonu? Pamiętam, że jak rozmawialiśmy tuż po urazie Bartka, to mówił pan, że na sto procent ma już wiosnę z głowy... 

– Ja naprawdę byłem na sto procent pewien, że w treningu będzie mógł się pojawić w lipcu. Może na początku miesiąca, a może dopiero w połowie. Doszedł jednak bardzo szybko do zdrowia, wszystko błyskawicznie się zagoiło. Taka jest jednak charakterystyka tego zespołu – każdy bardzo chciał grać i robił wszystko. Ta grupa była bardzo zjednoczona i mocno dążyła do celu. Bartek Korbecki to jedna taka sytuacja. Inna, to Maksymilian Banaszewski, który po meczu z Koroną II miał pękniętą kość w stopie. Jeździł na własną rękę do Warszawy, konsultował swój uraz, miał różne zabiegi i szybko zgłosił, że jest znowu do grania. Maks Cichocki na treningu przed spotkaniem z Jędrzejowem dostał mocno po żebrach, ale mimo dużego bólu powiedział „trenerze ja gram”. Nawet mimo że szanse mieliśmy już mniejsze, to każdy podchodził w sposób bardzo odpowiedzialny do swoich zadań, naprawdę bardzo dobrze mi się pracowało z tą grupą ludzi.

• Tym bardziej chyba szkoda, że ta przygoda zakończyła się zaledwie po jednym sezonie? 

– Wydaje mi się, że minimalne rzeczy o tym wszystkim zdecydowały. Chociażby okoliczności spotkań z Avią. U siebie, gdzie trochę nieszczęśliwie zremisowaliśmy i na wyjeździe, gdzie boisko na niewiele pozwoliło obu zespołom. Żal, że przynajmniej do tych baraży nie dojechaliśmy, bo wydaje mi się, że ta grupa po prostu na to zasłużyła.

• A jak pan ocenia zimowe transfery? Przede wszystkim Krystian Okoniewski i Jakub Kuzdra to ruchy na duży plus. A reszta? 

– Myślę, że Paweł Koncewicz-Żyłka to też był udany transfer. Tak samo Szymon Maszkowski, który zagrał sporo minut. Był też Damian Wojdakowski. Lionel Abate miał swoje problemy i może spodziewaliśmy się nieco więcej, ale ogólnie uważam, że odeszli od nas po pierwszej rundzie głównie piłkarze, którzy grali mniej. A pojawili się w drużynie tacy, którzy walczyli o skład. Uważam, że na pewno drużyna na tych zimowych ruchach zyskała.

• A nie za dużo było tych zmian? 

– Szczerze mówiąc słyszę sporo takich głosów. Ja bym podzielił ten sezon na trzy części. Początek, przy całkowicie nowym zespole, bo przyszło przecież plus minus 15 zawodników, a miejsce zachowała tak naprawdę tylko trójka: Cichocki, Korbi i Michał Kobiałka. Ta pierwsza część to zwycięstwa dzięki indywidualnościom. Potem trochę punktów potraciliśmy, bo w środku było więcej słabszej gry. Od meczu z Wiślanami nasza praca treningowa zaczęła przynosić efekty. Potem drużyna do końca sezonu grała na niezłym poziomie. To nie jest tak, że w tej lidze, ktokolwiek weźmie piłkę i wygra 6:0. Niektóre mecze są lepsze, niektóre słabsze. Od końcówki jesieni gra była zadowalająca. Te potracone punkty okazały się decydujące. Każdy może oceniać po swojemu, ale niska obrona, to też jest element gry. Jeżeli przeciwnik nas ogra, to nie biegamy po całym boisku, tylko schodzimy niżej, żeby być bardziej uporządkowanym. Straciliśmy 31 bramek, a patrząc przez pryzmat naszej organizacji w defensywie, to wydaje mi się, że obraliśmy dobry kierunek. W wielu spotkaniach potrafiliśmy wziąć piłkę i w jakiś sposób dominować. Słabsze mecze, to te z: Wiślanami, Lubaczowem, z tego można było wycisnąć zdecydowanie więcej. Gra oczywiście zawsze może być lepsza, ale ja nie mam takiego poczucia, że coś w tym aspekcie zrobiliśmy nie tak.

• Jak to było z tym bronieniem wyniku przy prowadzeniu? O to kibice Chełmianki mają sporo pretensji... 

– Zespół nigdy nie dostał takiego przekazu, że w momencie, kiedy prowadzimy mamy się cofnąć. Jak ktoś oglądał kulisy po naszych spotkaniach, to widział, jak to wygląda – że jak strzelamy, to mamy iść dalej. Tak było zawsze. Nikt nie powiedział: strzelmy, a potem brońmy. To bierze się z tego, że jak przeciwnik traci gola, to nie ma nic do stracenia i atakuje większą ilością ludzi. Podejmuje też większe ryzyko. Wtedy trzeba bronić. Jeżeli byliśmy jednak w stanie iść po kolejne gole, to taki był przekaz. Jak przeciwnik nas spychał niżej, to jest po prosty element gry. Bronienie wyniku, to zupełnie nie jest moje podejście do piłki.

• Co dalej? Robi pan sobie dłuższą przerwę czy nowa praca jest już na horyzoncie? 

– Zobaczymy, co przyniosą najbliższe tygodnie i miesiące. Jeżeli coś będzie ciekawego, to wrócę do pracy. A jeżeli, jak to w naszej robocie bywa, trzeba będzie poczekać, to poczekam te kilka miesięcy. Zobaczymy, co się wydarzy, na razie mam wakacje.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama