Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Tajemnicze napisy na ulicach Lublina. „40 milionów nienarodzonych”

Na chodnikach w wielu miejscach Lublina pojawiły się wykonane kredą napisy: „27 IV 1956. 40 milionów nienarodzonych”. To nawiązanie do ustawy aborcyjnej z okresu głębokiego PRL-u.
Tajemnicze napisy na ulicach Lublina. „40 milionów nienarodzonych”

- 40 milionów nienarodzonych - odczytuje wspólnymi siłami grupa chłopaków w wieku studenckim.

Stoją przed Kościołem Akademickim KUL.

- Dobra, olać to, autobus nam ucieknie - rzuca wreszcie jeden z nich.

Ale przy napisie „27 IV 1956. 40 milionów nienarodzonych” zatrzymują się z pochylonymi głowami też trzy koleżanki w podobnym do nich wieku, następnie mężczyzna o wyglądzie stereotypowego informatyka, a po chwili jeszcze dwie roześmiane pary. 

Przez następne dwa tygodnie krążę rowerem po Lublinie i odnajduję kolejne kredowe inskrypcje. KUL otaczają chyba ze wszystkich stron. Są po obu stronach chodnika na Krakowskim Przedmieściu i alejach Racławickich. Na Wieniawie, na Czubach, na LSM-ie, na Węglinie.

- Poznański Czerwiec ’56? - starsza kobieta patrzy na córkę i wnuczkę.

Długo się nie zastanawiają, idą w kierunku placu zabaw, ale to tłumaczenie nie ma większego sensu. Krwawo stłumione przez milicję i wojsko protesty sprzed siedemdziesięciu lat, pierwsze tego typu w komunistycznej Polsce, miały miejsce w czerwcu, jak sama nazwa wskazuje. A tu data konkretna: 27 kwietnia 1956 roku. 

Już dawno zdążyłem ją wygooglować. Wiem więc, że w niektórych miejscach Lublina ktoś się machnął, wpisując 26 kwietnia 1956 roku. Wciąż zaczepiam jednak przyglądających się napisom ludzi i czekam aż któryś z nich zgadnie, o co chodziło autorom.

- Ustawa aborcyjna, oczywiście - mówi wreszcie pan Adam. 

- Skąd pan wiedział? - pytam.

- Uczę historii w szkole.

Czy to ma jakiś związek?

Był przełom kwietnia i maja, na redakcyjnym mailu odnalazłem kilka nowych zdjęć z informacją, że napisy „27 IV 1956. 40 milionów nienarodzonych” zalały chodniki stolicy Lubelszczyzny. Jeszcze tego samego dnia napisałem wiadomość do Roberta Derewendy, dyrektora lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

„Bez cienia wątpliwości mowa tu o PRL-owskiej ustawie z 27 kwietnia 1956 roku o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, znacząco liberalizującej prawo aborcyjne w komunistycznej Polsce, umożliwiającej legalne przerwanie ciąży chociażby ze względu na trudną sytuację życiową kobiety. Jakie były polityczne i społeczne okoliczności uchwalenia tej ustawy i na ile wpisywała się ona w szerszą politykę władz komunistycznych wobec rodziny i społeczeństwa? Czy Instytut Pamięci Narodowej dysponuje danymi lub badaniami pokazującymi, jaki wpływ ta ustawa miała na życie społeczne w PRL, zarówno w wymiarze demograficznym, jak i moralnym czy kulturowym? I czy określenie o „40 milionów nienarodzonych” jest uprawnione?” - napisałem. 

Niestety, dyrektor lubelskiego IPN-u odpisał, że udzielenie kompetentnej i wyczerpującej odpowiedzi na moje pytania wymagałoby długiej kwerendy źródłowej, która - to już mój wniosek - najpewniej zarezerwowana jest dla pracy naukowej instytutu, a niekoniecznie dla medialnej publicystyki. Z bólem serca na półtora miesiąca porzuciłem temat, mimo że przez ten czas w zupełnie niespodziewanych miejscach Lublina wciąż widywałem napisy „27 IV 1956. 40 milionów nienarodzonych”. 

Aż nadszedł 15 czerwca. Pojechałem do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, gdzie interwencję poselską w sprawie „żywego urodzenia z aborcji” przeprowadzał poseł Witold Tumanowicz z Konfederacji, któremu towarzyszyła między innymi Kaja Godek z Fundacji Życie i Rodzina o charakterze pro-life.

Kontrowersje budzi bowiem przypadek dziecka, które urodziło się żywe po przeprowadzonej w szpitalu przy alei Kraśnickiej procedurze przerwania ciąży. Fundacja Godek zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa. Uważa bowiem, że noworodkowi nie zapewniono właściwej pomocy. Dyrekcja szpitala zdecydowanie te zarzuty odrzuca. Podkreśla, że dziecko natychmiast trafiło pod opiekę zespołu neonatologicznego, przeprowadzono pełną resuscytację zgodnie z obowiązującymi procedurami, ale mimo podjętych działań nie udało się go uratować.

A w tle pozostaje jeszcze przecież makabryczna historia z Lutoryża, gdzie na działce patomorfolożki Magdaleny H. znaleziono kilkadziesiąt zakopanych martwych płodów. Prokuratura postawiła lekarce zarzuty zbezczeszczenia zwłok i nielegalnego składowania odpadów medycznych. Gdy o sprawie zrobiło się głośno, napisał do nas jeden z czytelników „Dziennika Wschodniego”. 

- Od dwóch tygodni pod moim blokiem mijam napis o „40 milionów nienarodzonych” czy też „zabitych dzieciach”. Czy to może mieć jakiś związek z ostatnimi wydarzeniami? - zastanawiał się czytelnik „Dziennika Wschodniego”. 

Nie, bezpośredniego związku tu nie ma. Ale kredowe napisy z lubelskich chodników, jak słyszymy, to oddolna akcja środowisk pro-life.

Aborcja na żądanie w PRL-u

27 kwietnia 1956 roku Sejm PRL przyjął ustawę o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. 8 maja, czyli kilkanaście dni później, weszła ona w życie. I z miejsca stała się jedną z najbardziej przełomowych zmian społecznych w powojennej Polsce.

Do 1956 roku obowiązywały przepisy z okresu międzywojennego. Aborcja była dopuszczalna tylko w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy ciąża zagrażała życiu lub zdrowiu kobiety. Po drugie, gdy była skutkiem przestępstwa, na przykład gwałtu. W praktyce jednak tysiące Polek i tak przerywały ciążę. Tylko że nielegalnie. Problem w tym, że skala zjawiska była naprawdę ogromna. 

Ministerstwo Zdrowia szacowało, że co roku wykonywano około 300 tysięcy nielegalnych zabiegów. Kobiety trafiały do szpitali z ciężkimi zakażeniami i krwotokami. Wiele umierało. Inne już nigdy nie mogły mieć dzieci. Władze PRL uznały, że prawo aborcyjne przemieniło się w fikcją, w pic na wodę. „Trybuna Ludu” pisała, że setki tysięcy pacjentek i lekarzy nagminnie popełniały przestępstwo. Ale państwo nijak nie było w stanie ich ścigać.

Ustawa z 1956 roku dopuściła przerwanie ciąży z trzech powodów. Ze wskazań medycznych. Gdy ciąża była skutkiem przestępstwa. I ze względu na trudne warunki życiowe kobiety. Początkowa ta musiała jeszcze przekonać lekarza, że ma skomplikowaną sytuację socjoekonomiczną. Medycy zadawali pytania o dochody, mieszkanie, liczbę dzieci, sprawy rodzinne. Wszystko zależało od ich uznania. Wiele pacjentek uważało tę procedurę za upokarzającą.

Do pełnej rewolucji doszło w 1959 roku. Minister zdrowia wydał rozporządzenie, wedle którego w praktyce do przeprowadzenia aborcji wystarczało już tylko oświadczenie kobiety. Aborcja stała się dostępna niemal „na życzenie” i taki stan utrzymał się przez ponad trzy dekady. Politycy z PZPR byli dość zgodnie przekonani o słuszności takiego związania. Twierdzili, że „kobiety chcą dzieci, ale nie chcą żyć w strachu przed niechcianym macierzyństwem”. Poza tym korzystny wiatr wiał ze wschodu, gdzie w 1955 roku aborcję ze wskazań zdrowotnych zezwolono w ZSRR, a w kolejnych latach solidarnie z Polską na Węgrzech, w Rumunii, w Czechosłowacji i w Bułgarii. Często wcześniej niż w wielu krajów Europy Zachodniej. 

Surowo liberalizację prawa aborcyjnego krytykował za to Kościół. Prymas Stefan Wyszyński grzmiał o „potworności”, „zwycięstwie śmierci nad życiem”, „dniu morderczyń”. Obronę życia poczętego wpisał do Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.

Ustawa zmieniła codzienność milionów Polek. Już w pierwszych latach jej obowiązywania liczba legalnych zabiegów gwałtownie wzrosła. Najwyższy poziom osiągnęła w 1961 roku. Szacuje się, że w latach 70. wykonywano od 300 do nawet 500 tysięcy aborcji rocznie. Przy około 650 tysiącach urodzeń. Dla wielu kobiet zabieg stał się podstawową metodą planowania rodziny. Antykoncepcja była słabo dostępna i mało popularna, dlatego część Polek przerywała ciążę wielokrotnie.

Sondaż CBOS z 2013 roku wykazuje, że aż 42 procent kobiet urodzonych w latach 1949–1958 przyznało, iż przynajmniej raz w życiu przerwało ciążę. W grupie urodzonych w latach 1959–1968 było to 33 procent. Dopiero po 1989 roku rozpoczęła się polityczna ofensywa na rzecz ograniczenia prawa aborcyjnego. Efektem była ustawa z 1993 roku, która zakończyła obowiązywanie modelu stworzonego w 1956 roku. A potem kolejne zaostrzenia w 1997 i 2021 roku.

„40 milionów nienarodzonych”

Ale czy hasło o aż „40 milionów nienarodzonych” jest jakkolwiek uzasadnione? Liczba 40 milionów pojawia się przede wszystkim w retoryce środowisk pro-life i jest wynikiem prostego zsumowania szacunkowej liczby aborcji wykonywanych przez cały okres obowiązywania ustawy z 1956 roku. Natomiast nie ma danych, które by taki wynik potwierdzały.

Historycy, socjologowie i demografowie są znacznie ostrożniejsi. Oficjalne statystyki PRL obejmowały jedynie zabiegi wykonywane w państwowych placówkach i były niepełne. W latach sześdziesiątych i siedemdziesiątych liczba legalnych aborcji rzeczywiście była bardzo wysoka. Najczęściej podaje się 300-500 tysięcy rocznie, choć w niektórych latach oficjalne dane przekraczały nawet pół miliona. W latach osiemdziesiątych liczba zabiegów zaczęła spadać wraz z upowszechnieniem antykoncepcji i zmianami demograficznymi.

Jeżeli przyjąć średnio około 350-400 tysięcy aborcji rocznie przez trzydzieści siedem lat, otrzymujemy wynik rzędu 12-15 milionów zabiegów. Nawet przy bardzo wysokich założeniach trudno dojść do 20 milionów. Stąd wielu badaczy uważa, że liczba 40 milionów jest zawyżona nawet trzykrotnie. Dla porównania, mniej radykalne w tej kwestii organizacje pro-life mówią o 6-10 milionach czy 10-15 milionach. Ale to i tak są wartości oparte na szacunkach. Pełnej dokumentacji nigdy nie przeprowadzono.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama