Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Motor spadnie albo wygra mistrzostwo. Jakubas musi wreszcie sypnąć milionami

Jaka jest szansa, że Motor Lublin, w którym właśnie trwa krwawa rewolucja, wyjdzie z tego lata silniejszy, a nie słabszy? Dlaczego Mateusz Stolarski nie zostanie lubelskim sir Alexem Fergusonem? Czy Zbigniew Jakubas wreszcie sypnie milionami euro? A Mariusz Misiura okaże się czarodziejem?
Kliknij aby odtworzyć

Początek czerwca, boiska przy Szkole Podstawowej nr 16 im. Fryderyka Chopina w Lublinie. Zbigniewa Jakubasa, większościowego udziałowca Motoru, otaczają mniej lub bardziej wpływowi politycy z Lubelszczyzny. Rozmawiają o chwilę wcześniej zakończonym sezonie Ekstraklasy.

- Ale jak ten Widzew wtopił, to nie mam słów. Dwadzieścia milionów euro wydane na transfery, a prawie spadli - mówi jeden z wpływowych samorządowców.

- Idiotyzm. To był idiotyzm – odpowiada mu jeden z najbogatszych Polaków. 

Od wielu miesięcy Jakubas publicznie i prywatnie przekonuje wszystkich dookoła, że filozofia Roberta Dobrzyckiego, szefa firmy Panattoni i od roku właściciela Widzewa, zakładająca finansową rozrzutność na niespotykaną dotąd na polskim rynku piłkarskim skalę i bicie tym samym wszelkich rekordów transferowych, prowadzi na manowce. 

74-letni miliarder sam przez sześć lat w Motor wpompował jakieś siedemdziesiąt milionów złotych. Są to jednak pieniądze, które widać przede wszystkim w rozwoju akademii, infrastruktury i szeroko pojętego zaplecza organizacyjnego. Ale już niekoniecznie w kształcie pierwszej drużyny.

Jakubas nie chce płacić wielkich kwot transferowych za piłkarzy i przepalać monstrualnych pieniędzy na ich pensje. Choć przecież zgromadzony majątek pozwalałby mu na przelicytowywanie w tych aspektach Widzewa, Lecha Poznań, Legii Warszawa, Rakowa Częstochowa, na którego czele stoi Michał Świerczewski, twórca x-komu, inny bogacz z list „Forbesa”, czy Wieczystej Kraków, którą na salony wprowadził Wojciech Kwiecień, nieco szalony posiadacz sieci Aptek Słoneczna. 

Prezes o to zadba

I o to właśnie tamtego czerwcowego późnego popołudnia Jakubasa przy Szkole Podstawowej nr 16 pytali adepci akademii Motoru z rocznika 2025. 

- A zrobi pan transfer za kilka milionów? – ciągnęli za język. 

- Ściągnie nam pan Kacpra Tobiasza? – rzucali nazwisko bramkarza Legii, który latem zmieni pracodawcę. 

- Albo kogoś jeszcze lepszego! – dodawali.

Jakubas tylko uśmiechał się dobrotliwie. A po chwili młodzi zawodnicy Motoru runęli na ziemię do pompek. Miliarder w szczodrym geście obiecał coś temu, który zrobi ich najwięcej. Scenę tę przerwał przyjazd ministra sportu Jakuba Rutnickiego.

- Które miejsce w tabeli zajął Motor? - spytał donośnym głosem dzieciaki minister. 

- Dwunaste - odpowiedział jeden z chłopców. 

- Ale w przyszłości będzie lepiej, prezes już o to zadba – obiecał Rutnicki. 

Od tego momentu Jakubas trzymał się już nieco z boku. Za plecami lokalnych działaczy, którzy odbierali ministerialne pieniądze na budowę boisk w swoich gminach. Nikomu zdjęcia czy zamieniania kilku zdań oczywiście nie odmawiał. Dyrektorce szkoły obiecał zafundowanie oświetlenia obiektu. Ale też powtarzał: „Dzisiaj żadnych pytań o Motor”. 

Doskonale wiedział, że rozpoczyna się burzliwe lato, w czasie którego tysiące kibiców lubelskiego klubu zadawać będzie sobie dwa pytania: czy aby na pewno w przyszłości będzie lepiej i czy aby na pewno o to właśnie zadba prezes?

Lubelski Ferguson

- Chciałbym, żeby Mateusz Stolarski był w Motorze tak długo, jak Alex Ferguson w Manchesterze United – mówił Jakubas w lutym 2025 roku na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Sir Alex Ferguson budował legendę w Manchesterze United przez dwadzieścia siedem lat. W tym czasie wygrał trzynaście mistrzostw Anglii i dwie Ligi Mistrzów. Prowadził Erica Cantonę, Davida Beckhama, Cristiano Ronaldo i kopę innych gwiazd galaktycznego formatu.

Czy Stolarski mógłby za ćwierć wieku stać się na skromnym, w ujęciu globalnym, lubelskim poletku kimś na wzór słynnego Szkota? To idylliczny scenariusz, niemal niemożliwy do zrealizowania w jakimkolwiek klubie, biorąc pod uwagę dynamikę piłkarskiego środowiska i prędkość zmieniających się trendów, ale tamte słowa miliardera wskazywały pewien kierunek, w którym Stolarski, Jakubas i Motor mieliby wspólnie podążać. Tak przynajmniej się wydawało.

Stolarski jest jednym z architektów drużyny, którą jej członkowie sami nazywali: „Niezniszczalni”. Przyszedł do klubu we wrześniu 2022 roku jako asystent portugalskiego trenera Gonçalo Feio, kiedy zespół był kompletnie rozbity i w ostatnim momencie przed przyjęciem kursu na kompromitujący spadek do III ligi. Wprowadził wraz z Feio i resztą sztabu najwyższe standardy taktyczno-organizacyjne. Motor nie przestawał wygrywać. I przez baraże wszedł do I ligi.

W marcu 2024 Feio opuścił Lublin i objął Legię. A Stolarski wskoczył na jego miejsce. Wielu wątpiło w powodzenie tej misji. Portugalczyk, choć niewątpliwie w jakiś sposób niezrównoważony, co chwilę wywołujący bowiem skandale obyczajowe, czarował magicznymi zaklęciami. Te zaś sprawiały, że Motor za jego kadencji punktował jak szalony. Tak jakby kontrowersyjny trener zawarł sprzyjający temu pakt z diabłem.

Chwilę później jednak Stolarski triumfalnie wprowadzał Motor do Ekstraklasy. I w elicie nie przepadł: w październiku, listopadzie i na początku grudnia 2024 roku beniaminek rozgrywał najbardziej spektakularne mecze spośród wszystkich odbywających się na polskich boiskach. Nawet jeśli przegrywał, a działo się to rzadziej niż częściej, to po spotkaniach, przy których strach było mrugnąć, żeby nie przeoczyć jakiejś bramki czy koronkowej akcji - 3:4 z Widzewem i 2:6 z Cracovią.

Stolarski dał się poznać jako reprezentant młodej fali polskiej myśli szkoleniowej, pozbawionej kompleksów względem kolegów z Zachodu. Wiosną 2025 roku Motor zremisował 3:3 z Legią. Tą jeszcze przez kilka miesięcy prowadził Feio, który już przy okazji wcześniejszego meczu próbował prowokować Stolarskiego: były środkowe palce, przekleństwa, ostentacyjne gesty.

- Jak się nie uspokoisz, to moja konferencja potrwa dwie minuty dłużej i po tym czasie będziesz mógł się pakować do wyjazdu z Polski – miał mu w pewnym momencie powiedzieć Stolarski i na tym „rumakowanie” Feio się skończyło. 

To był pewien symbol. Stolarski nie tylko wybił się na samodzielność, ale też w oczach środowiska zaczął być posiadaczem nazwiska najpierw równie ciekawego, a następnie znacznie ciekawszego, niż to należące do jego byłego, toksycznego szefa Feio.

Fajny starszy brat

Lublin z wzajemnością pokochał trenera Motoru. Dwa lata temu Stolarski w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” opowiadał, jak na kolację zaprosił go kibic, który „przez lata jeździł po Radzyniach Podlaskich, Wólkach Pełkińskich, Przeworskach”, a więc pamiętał czasy nędzy i beznadziei niższych lig. Inny fan, wiedząc, że trener choruje na bielactwo, zapraszał na konsultację lekarską.

Sam niedawno widziałem, jak grupa nastolatków otoczyła 33-latka w Plazie: chłonęli każde jego słowo, ich interakcja wyglądała niezwykle naturalnie, jakby spotkali tego „fajnego” starszego brata.

- Jak rozmawiać z piłkarzami? – pytał go dziennikarz Łukasz Olkowicz w „PS”.

- Każdy z nich miał marzenia, dążył do nich. W albumach trzymają zdjęcia, na których stoją z piłką jako 11-, 12-latek. Przekonuję ich – zagrajcie mecz dla chłopca z tamtego zdjęcia. Tam jest prawdziwa piłka nożna – odparł Stolarski. 

Jakąś część swojej metodologii szkoleniowej zaprezentował w serialu „Trenerzy. Pod presją” na antenie CANAL+. Widać w nim było trenera na wskroś merytorycznego, niepodejmującego niemal żadnych decyzji niepopartych analizą, liczbami, statystykami, gruntownym przemyśleniem tematu. Szkoleniowca, który wprawia w ruch ofensywną machinę nie na zasadzie husarskiej szarży, a dokładnych wyliczeń: ile razy jego zespół powinien znaleźć się za linią obrony przeciwnika i jakie powinien mieć posiadanie piłki, żeby wygrać i to w przyjemnym dla oka stylu.

Ale też człowieka czującego piłkę całym sobą. Emocjonalnego. Z krwi i kości. Który tym niezbyt imponującym, niespecjalnie donośnym, na pewno nieniskim głosem wykrzykuje w szatni najróżniejsze przekleństwa i żołnierskie komunikaty. Udowadniając, że nie ma laptopa w miejscu, w którym powinien mieć głowę. I trafiając tym samym do piłkarzy, którzy go cenią i lubią, a na pewno szanują. 

Wyjście z pułapki nijakości

Stolarski w minionym sezonie przetrwał i przepracował największy kryzys w swojej dotychczasowej trenerskiej karierze. W okolicach przegranego 2:5 meczu z GKS-em Katowice przyznał przed wszystkimi, że nieco zbłądził w pomyśle na drużynę i w konsekwencji ta stała się nijaka.

Mówiło się nawet, że może stracić pracę, ale Jakubas wytrzymał ciśnienie. I to się opłaciło, bo Motor ostatecznie się utrzymał, a Stolarskiemu udało się ożywić zespół. Od połowy października 2025 roku do ostatniej kolejki Ekstraklasy tylko pięciu ligowych rywali strzeliło więcej goli niż Lublinianie. Oczywiście, tylko spadkowicze, czyli Lechia Gdańsk, Arka Gdynia i Bruk-Bet Termalica Nieciecza, stracili więcej bramek niż Motor, ale… taki był właśnie plan Stolarskiego na wydostanie się z pułapki „nijakości”.

- Jak Motor ma zająć w tym sezonie szóste czy siódme miejsce w tabeli, niech traci tyle samo goli, co w poprzednim sezonie. Przy tylu straconych bramkach byliśmy przecież wysoko. Jeśli mamy mieć problem, żeby zagrać na zero z tyłu, to wygrajmy 4:3 lub 3:2 – mówił w czasie kryzysu z jesieni 2025 roku. 

Motor skończył sezon na dwunastej pozycji. Adekwatnej względem swojego potencjału sportowego. Albo nawet korzystniejszej, niż predestynowałyby ją do tego umiejętności poszczególnych zawodników. A już zdecydowanie nie najgorszej, jeśli uświadomimy sobie, że za jego plecami, drżąc o utrzymanie do ostatniej kolejki, finiszował Widzew, napompowany transferami za dwadzieścia dwa miliony euro. Problem w tym, że Stolarskiemu, kandydatowi na lubelskiego Alexa Fergusona, taki wynik nie wystarczył, żeby zostać należycie docenionym przez tak mu przecież – wydawałoby się - przychylnego Zbigniewa Jakubasa. 

Chaos nad Stolarskim

Od lata 2026 roku trenerem Motoru Lublin będzie Mariusz Misiura, który podpisał z klubem trzyletni kontrakt. Ten za porozumieniem stron rozstał się z Wisłą Płock, której przez ostatnie dwa sezony był trenerem. 

- Stolarski o wszystkim dowiadywał się z mediów – słyszeliśmy od ludzi związanych z Motorem. 

Ten sam Stolarski, który był jedną z najważniejszych postaci na drodze lubelskiego klubu z II ligi do zakotwiczenia w Ekstraklasie na dłużej niż tylko chwilę. I ten sam Stolarski, który mimo natłoku obowiązków wynikających z funkcji pierwszego trenera w ostatnich miesiącach stał się kimś w rodzaju menadżera na wzór angielski: nie tylko zarządzał zespołem, przewodził sztabowi, przeprowadzał treningi, ale też monitorował pracę działu skautingu, zajmował się potencjalnymi przyszłymi transferami, brał udział w gabinetowych dyskusjach z piłkarzami, prezesem Łukaszem Jabłońskim i kapryśnym właścicielem Zbigniewem Jakubasem również na tematy, którymi teoretycznie nie powinien zaprzątać sobie głowy. 

Wszystko dlatego, że Jakubas pod koniec tamtego roku zwolnił dyrektora sportowego Pawła Golańskiego i przez pół roku nie powołał nikogo na jego miejsce, więc w klubowych strukturach zapanował chaos. Najdobitniej uwidoczniały to transfery, które zimą można było zliczyć na palcach jednej ręki i rozmowy o przedłużeniu kontraktów z zawodników, które… właściwie się nie odbywały. 

Wreszcie w maju dyrektorem sportowym Motoru został Veljko Nikitović, niegdyś piłkarz-legenda, a później człowiek-instytucja w Górniku Łęczna. Serb jednak przez prawie całą wiosną pracował dla Arki Gdynia. 

Exodus

Paradoksalnie, nie ma przypadku w tym, że większość komentatorów piłkarskiej rzeczywistości twierdzi, iż Mateuszowi Stolarskiemu rozbrat z Motorem wyjdzie na dobre, nawet jeśli sam zainteresowany tego nie planował. Plotkuje się, że zaraz ustawi się po niego kolejka chętnych i to z samej czołówki Ekstraklasy. 

Trener Stolarski ma według tych przewidywań poszybować w górę. A Motor runąć w dół, bo zaczął się w nim exodus. Bardzo dobry bramkarz Ivan Brkić powędrował do Legii. Kapitan i lider środka pola Bartosz Wolski przeszedł do GKS-u Katowice. Sztab uszczuplili Gert Remmel i Rasmus Jansson. Odeszli rzadziej ostatnio występujący, ale ważni dla kształtu i charakteru szatni Michał Król i Filip Wójcik. Barwy zmieniają lub zmienią Jakub Łabojko, Renat Dadasov, Kacper Karasek, Arkadiusz Najemski, Mathieu Scalet, Bradly van Hoeven, Sergi Samper, Paweł Stolarski.

Mało tego, chęć ruszenia na podbój zachodnich lig otwarcie deklaruje przebojowy skrzydłowy Mbaye Jacques Ndiaye. Niewykluczone, że ciekawe oferty rozpatrywać będzie utalentowany lewy obrońca Filip Luberecki. Rynek transferowy raczej nie pozostanie głuchy na wyczyny Karola Czubaka, wicekróla strzelców Ekstraklasy, który niedawno zadebiutował w reprezentacji Polski. 26-latek wydaje się w Lublinie szczęśliwy. Wcześniej boleśnie odbił się od belgijskiego KV Kortrijk. Ale wciąż jest w takim wieku, że „propozycje życia” mogą być jeszcze przed nim. Tym bardziej że, sądząc po jego szybko usuniętej reakcji na Instagramie, sposób pożegnanie trenera Stolarskiego nie przypadł mu do gustu.

Kibice Motoru mają prawo obawiać się, że „Niezniszczalni” przestaną istnieć wraz ze zwolnieniem trenera Stolarskiego. I że w ich miejsce Jakubas nie zaproponuje niczego, co pozwoliłoby przedłużyć byt klubu w Ekstraklasie. 

Człowiek z know-how

Bardzo możliwe, że tajemnicy letniej rewolucji w Motorze należy doszukiwać się w słowach Bogusława Leśnodorskiego, byłego właściciela i prezesa Legii, prywatnie przyjaciela Zbigniewa Jakubasa, w wielu piłkarskich tematach mu doradzającego, w podcaście Tomasza Ćwiąkały na Youtube. Leśnodorski przyznał tam, że „z całą sympatią” dla Stolarskiego, którego nie uważa za „słabego trenera”, ale od dłuższego czasu suflował jednemu z najbogatszych Polaków zmianę szkoleniowca.

- Jak Motor chce zrobić krok do przodu, to musi przyjść trener, który wniesie dużo know-how, świeżego spojrzenia i pomoże Zbyszkowi popchnąć ten klub do przodu – mówił Leśnodorski. 

Przedstawiciele Wisły Płock odejście Mariusza Misiury tłumaczyli tym, że otrzymał „kontrakt życia, którego się po prostu w Polsce nie dostaje”. I trzeba przy tym wiedzieć, że Misiura jest fachowcem, który choć zaskakująco rzadko jest wymieniany jednym tchem wśród najlepszych trenerów w kraju, to cieszy się niezwykłym poważaniem ludzi, którzy w polskiej piłce szukają wspomnianego know-how.

Niewątpliwy wizjoner Michał Świerczewski, który zbudował potęgę Rakowa Częstochowa, prowadził z nim dość zaawansowane rozmowy, gdy „Medaliki” grały w II lidze, a o Misiurze prawie nikt nie słyszał. Ostatecznie Świerczewski zdecydował się na Marka Papszuna i nie przestrzelił: wygrali razem wszystkie najważniejsze krajowe trofea. 

Z Misiurą od dawna regularnie myśli wymienia Jarosław Królewski, właściciel Wisły Kraków i zajmującej się sztuczną inteligencją firmy Synerise. Ekscentryk z niebanalnym, nowoczesnym pomysłem na futbol, coraz skuteczniejszym do tego: „Biała Gwiazda” po kilku lat wstydliwej przerwy w przyszłym sezonie znów zagra w Ekstraklasie. 

No i wreszcie jest też Zbigniew Jakubas, który Misiurę z nieskrywanym podziwem obserwował przez wielu, wiele miesięcy, zdarzało mu się nawet publicznie go komplementować. Od lata 2026 i może nawet do lata 2029 roku będą współpracować w Motorze.

Czarodziej Misiura

Dar przekonywania Mariusza Misiury nie jest do końca wytłumaczalny. Jego Wisła Płock grała bardzo brzydko, defensywnie, barykadując się we własnym polu karnym. Przeważnie jednak „Nafciarze” byli w tym diablo skuteczni. Zimowali sensacyjnie na pozycji lidera. Sezon skończyli na ósmym miejscu w tabeli, co przyjęto z lekkim rozczarowaniem. Ale tylko lekkim, bo Wisła przystępowała do rozgrywek jako nowicjusz. 

Gdy drużyna wpadła w kryzys, Misiura przed meczem z Arką zabrał piłkarzy na przyspieszony kurs sztuk walki, żeby „wydobyć z nich energię”. Innym razem zorganizował „godzinę oczyszczenia”. 

I faktycznie, bywa 45-latek nieco dziwny. Paweł Krauz, były zawodnik Warty Gorzów, opowiadał w reportażu Jakuba Radomskiego na portalu Weszło, że Misiura potrafił na odprawach tworzyć opowieści o… kupowaniu Volkswagena Passata czy podrywania kobiet. Piłkarzom Znicza Pruszków pokazywał za to słynne zdjęcie z „National Geographic”, na którym z dwóch perspektyw widać coś innego: z daleka konie, z bliska zebry.

Jedni powiedzą: „Pseudometody”. Drudzy rozumieją, że te jego przypowiastki prowadzą do znacznie szerszej, bardziej przyziemnej, prozaicznej puenty i są sposobem zarządzania grupą na wzór serialowego Teda Lasso. 

Misiura jako piętnastolatek był wicemistrzem Europy w tenisie stołowym. W wieku dwudziestu lat grał w Pogoni Szczecin w Ekstraklasie. Spektakularnej kariery nie zrobił, bujał się po mniejszych klubach, trafił na przykład do Turkiyemspor Berlin, drużyny tureckich imigrantów w Niemczech. W Kolonii i Dortmundzie uczęszczał do szkoły trenerów. Pracował z kobietami, ruszył w świat: zaliczył dział metodologii w Realu Madryt za marne pięćset euro pensji i stanowiska koordynatora akademii młodzieżowej Guizhou Hengfeng w Chinach. 

W Azji poznał żonę: Joyce z Kenii, ma z nią dziecko. Gdy nie miał pieniędzy, pomagali mu rodzice. Wrócił do ojczyzny. Wybił się w Zniczu Pruszków - najpierw utrzymał ten skromny podwarszawski klub w II lidze, potem wprowadził do I ligi i wreszcie tam na bezpiecznej pozycji zostawił. Po sezonie 2023/2024 pisana mu była Ekstraklasa, był już na nią umówiony z Wartą Poznań, ale ta spadła z ligi i porozumienie anulowano. 

Objął Wisłę Płock. I to z nią awansował do Ekstraklasy. Piłkarze, którzy z nim pracowali, mówią, że to bardzo interesujący człowiek i zwyczajnie dobry trener. Wielu „otworzył głowę”. Na to, jak zachowywać się na boisku, jak się po nim poruszać. Ma sprecyzowany plan na każdy mecz, każdą rundę, każdy sezon. Umie myśleć zarówno o codziennych detalach, jak i o całości projektu. Dąży do celu. I ten cel osiąga. Brzydziej czy ładniej. Ale się w tych dążeniach nie zatrzymuje. Prawdopodobnie to jest to know-how, o którym mówił Leśnodorski. I którego szuka Jakubas. 

Wielu kibiców Motoru po jego pierwszym w nowej roli wywiadzie dla klubowych mediów komentowało, że nie brzmi przekonująco, że jest nieco mrukliwy, że wydaje się gburowaty, że nie roztacza „aury”. Dla niego wejście w buty Stolarskiego to wielkie wyzwanie, lubelskie środowisko wywiera presję, jest sceptycznie do niego nastawione, czasu na przekonanie podopiecznych i fanów do swojej wizji też nie ma za wiele. Ale każdy, kto poznał trenera Misiura, wie, że to fachowiec, który przy tym całym specyficznym sposobie bycia, konstruowania zdań i lekko jakby znudzonej barwie głosu momentalnie wszystkich dookoła kupuje. 

Kto stoi w miejscu, ten się cofa

Ekstraklasa się profesjonalizuje. Gna naprzód. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Lech Poznań, mistrz Polski z dwóch ostatnich lat, który pokazuje, że we współczesnym futbolu liczy się długofalowość projektu, a nie jego efemeryczność, wydał cztery miliony euro, żeby zatrzymać gwiazdora Luisa Palmę i zacząć budować dynastię.

Korona Kielce w ciągu roku przeprowadziła trzy najwyższe transfery w historii klubu: sprowadza Stjepana Davidovicia za 500 tysięcy euro i Tamara Svetlina za 800 tysięcy euro, a teraz na dokładkę z Górnika Zabrze podkrada Patrika Hellebranda za aż 1,7 miliona w europejskiej walucie i na tym jej zakusy się nie kończą, choć jeszcze kilkadziesiąt miesięcy temu klub stał w obliczu realnej obawy o bankructwo.

Trzy czwarte ligi patrzy w stronę mistrzostwa, podium lub chociaż europejskich pucharów, co naturalnie związane jest z nakładami finansowymi na wzmacnianie drużyny. Wiadomo, że w tym gronie znajdują się Lech, Legia, Raków, Widzew i Jagiellonia. Ale teraz też Górnik Zabrze i GKS Katowice. No i na pewno Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Wieczysta Kraków, Korona. A może też Śląsk Wrocław i Cracovia. Na biedę nie narzekają również w Zagłębiu Lubin. 

Ludzie związani z Motorem powtarzają za to: „Gdyby Jakubas chciał, to rozbiłby bank, sypnąłby kasą i wtedy Polska by dopiero zobaczyła, co to znaczy bogaty właściciel”. Odważniejsi dodają, że mógłby zdmuchnąć konkurencję w Ekstraklasie. Ale to się nie dzieje.

Kibice Motoru z zazdrością mogą patrzeć na inne lubelskie kluby. Wilfredo Leon w Bogdance LUK Lublin zarabia cztery czy pięć razy więcej niż wynosi średnia pensja zawodnika PlusLigi. Dba o to sponsor tytularny Lubelski Węgiel „Bogdanka” S.A. i sponsor strategiczny firma LUK.

Głównego powodu, dla którego w żużlowym Orlen Oil Motorze Lublin, od pięciu lat nieschodzącego z podium Ekstraligi, jeździ wyśmienity Bartosz Zmarzlik i akompaniujący mu byli lub obecni znamienici uczestnicy cyklu Grand Prix, należy dopatrywać się za to w członie poprzedzającym nazwę klubu: Orlen Oil. I w biznesowo-politycznym talencie Jakuba Kępy i Piotra Więckowskiego.

Jakubas, choć pozostaje w dobrych relacjach z władzami Lublina, jeszcze niedawno narzekał: „Nie mam poczucia, że miastu zależy na tym, żeby Motor był w Ekstraklasie, żeby się rozwijał”. Ratusz odpowiadał, że – oprócz przekazanej na dwa ostatnie sezony dotacji w wysokości 9,65 milionów złotych - pokrywa koszty udostępnienia obiektów sportowych, na których gra i trenuje Motor.

Lublinianie tłumnie walą na Motor Arenę Lublin. Dzień meczowy zaczął wyglądać jak święto, odkąd Motorowe Miasteczko kusi dorosłych giętą i foodtruckami, a dzieci - lodami, watą cukrową, popcornem, dmuchańcami, bramkami celnościowymi, trampolinami, bańkami mydlanymi, malowaniem twarzy, alpakami. Są stanowiska sponsorów klubu, można spotkać się z piłkarzami, wziąć od nich autograf, zdarzają się występy DJ-ów. 

Drużyna Motoru zaczęła jeździć luksusowym autokarem za ponad dwa miliony złotych. Jakubas nie szczędził dotąd na rozbudowany, prawie dwudziestoosobowy sztab, w którym znalazło się również miejsce dla kucharza. Wciąż jednak wielu w Lublinie się krzywi: „Facet jest wśród piętnastu najbogatszych Polaków, a jakoś tego nie czuć”.

Ale kto wie, jeśli Misiura faktycznie dostał „kontrakt życia, którego się po prostu w Polsce nie dostaje”, to może w Lublinie istotnie rozpoczyna się coś, co przerośnie oczekiwania nawet największych sceptyków? Na miejsce tych, co odeszli, przyjdą jeszcze lepsi – piłkarze, trenerzy, wszyscy. A potem to już tylko mistrzostwo Polski albo… spadek z Ekstraklasy.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama