Hrubieszów nie leży „po drodze”. Żeby tu przyjechać, trzeba naprawdę chcieć. Za miastem nie ma już kolejnych dużych ośrodków, galerii handlowych ani autostrady prowadzącej dalej na wschód. Jest Bug, granica i Ukraina. Od kilku lat także wojna, która toczy się nie gdzieś na końcu świata, lecz tuż obok.
Wystarczy wyjechać kilka kilometrów za Hrubieszów, żeby zobaczyć, na czym od wieków opierało się bogactwo tej ziemi. Wokół ciągną się pola, a pod nimi leży czarnoziem – gleba zaliczana do najżyźniejszych w Polsce i Europie. To nie przypadek, że właśnie tutaj powstawały cukrownie, młyny, olejarnie i gorzelnie. Ziemia dawała takie plony, o jakich w innych częściach Polski można było jedynie pomarzyć. W czasach PRL Hrubieszów pozostawał ważnym ośrodkiem rolniczym. Działał tu również Hakon – jedyny w kraju zakład specjalizujący się w wyrobach z lnu. Len przez lata był jednym z symboli miasta, a w Hakonie miało pracę kilkaset osób. Do tego trzeba doliczyć kilka tysięcy plantatorów.
Na wschodzie, ale nie na końcu świata
Najdalej wysunięte na wschód miasto Polski żyje własnym rytmem. Ludzie są serdeczni, bezpośredni i rozmowni. Starsi mówią z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Nawet po wielu latach poza rodzinnym miastem hrubieszowianina często można rozpoznać po kilku zdaniach. W samym mieście jest ich jednak coraz mniej. Pod koniec lat 90. mieszkało tu nieco ponad 20 tysięcy osób. Dzisiaj ok. 16 tysięcy. Przez dziesięciolecia wyjeżdżali stąd głównie do Lublina, Warszawy, Wrocławia, na Śląsk, a później do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Australii. Dlatego hrubieszowski akcent można dziś usłyszeć w najróżniejszych zakątkach świata.
13 kopuł i sklepy bez reklam
Najbardziej znanym budynkiem Hrubieszowa jest cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Ma trzynaście kopuł – dwanaście symbolizuje apostołów, największa Chrystusa. Nie trzeba znać się na architekturze, żeby stanąć przed nią i powiedzieć: „wow, robi wrażenie”. Wewnątrz znajduje się dębowy, złocony ikonostas. Niektóre ikony są starsze od samej cerkwi. Część przywieziono tu po rozebraniu świątyni prawosławnej w Tyszowcach.
Kilkaset metrów dalej stoją słynne „Sutki” – niezwykłe kramy z wąskim przejściem pośrodku, przypominające wschodni bazar. Kiedyś można było tutaj kupić niemal wszystko: śledzie, pieczywo, owoce, wyroby z żelaza, naftę, mydło, uprząż i baty na konie, rzemienie, skóry oraz „szuwaks”, którym czerniono buty. Najciekawsze było jednak to, jak radzono sobie z reklamami. Szyldy i afisze umieszczano po wewnętrznej stronie okiennic. Gdy sklep otwierano, stawały się widoczne. Po zamknięciu znikały i nic nie szpeciło ulicy. Dzisiejsi spece od miejskiego ładu reklamowego mogliby się od dawnych hrubieszowskich kupców sporo nauczyć.
Kino, pocztówki i Villas na przyczepie
Powojenny Hrubieszów nie był senną prowincją. Miasto miało kino Roma, które w okresie stalinizmu przemianowano na Plon. Nową nazwę wybrano w konkursie, a jej autor otrzymał w nagrodę skórzaną teczkę. Było też kino letnie – na terenie osiedla Koszary. Do Hrubieszowa przyjeżdżali artyści znani z pierwszych stron gazet. Występowali m.in. Czesław Niemen, Karin Stanek, Katarzyna Sobczyk, Helena Majdaniec, Michaj Burano, Hanka Bielicka, Danuta Rinn, Bernard Ładysz i Mieczysława Ćwiklińska. Początkująca wówczas Violetta Villas śpiewała na miejskim stadionie. Scenę urządzono na podeście wykonanym z platformy traktorowej. Nie było wielkich ekranów, wymyślnych świateł ani garderoby dla gwiazd.
Przy liceum działała „galeryjka” z zakładem fotograficznym. Przez pewien czas mieściło się tam studio nagrywające pocztówki dźwiękowe. Wyglądały jak kolorowe widokówki, ale odtwarzało się je na adapterze. Można było nagrać życzenia, piosenkę albo wiadomość i wysłać komuś własny głos – taki analogowy poprzednik dzisiejszej wiadomości głosowej. Nieopodal działała też pierwsza miejska kawiarnia.
Kościół z drzewkami na dachu
Niezwykłe losy miał kościół garnizonowy, zbudowany na początku XX wieku razem z carskimi koszarami. W okresie międzywojennym modlili się w nim żołnierze 2. Pułku Strzelców Konnych. Niemcy zamienili świątynię w stajnię i magazyn. Po wojnie nie był olepiej. Komunistyczne władze ponownie ją zamknęły. W środku składowano słomę i sienniki. Dach przeciekał, okna zostały wybite, a rzeźbione drzwi zastąpiono deskami. Budynek niszczał tak długo, że na dachu wyrosły brzozy. Ich korzenie rozsadzały mur.
Mieszkańcy przez wiele lat walczyli o odzyskanie kościoła. Pisali do pierwszego sekretarza partii, premiera, ministra obrony, władz wojewódzkich i prymasa. Pomógł także pochodzący z Hrubieszowa Wiktor Zin, który był wówczas wiceministrem kultury. Świątynię uratowano.
To warto zobaczyć
Zespół dworski Du Chateau (ul. 3 Maja 11) – dwór należący przez kilka pokoleń do rodziny Du Chateau. Pierwszym jej przedstawicielem w Hrubieszowie był Alexandre du Chateau, francuski szlachcic i napoleoński żołnierz który tu osiadł i miał w mieście aptekę. Zaraz po wojnie mieściła się w nim placówka NKWD, cel wspólnego ataku polskich żołnierzy WiN i UPA w maju 1946 roku. W okresie powojennym pozostawał w rękach rodziny Du Chateau aż do 1970 roku, kiedy został odkupiony przez Powiatową Radę Narodową. Obecnie muzeum.
Warto również zajrzeć do stojącej obok plebania parafii pw. św. Mikołaja. Budynek wzniesiony w I połowie XVIII w. w stylu późnobarokowym, przebudowany na przełomie XIX/XX w. To tu, w tym budynku 20 sierpnia 1847 r., urodził się Aleksander Głowacki, tworzący pod pseudonimem Bolesław Prus. Wydarzenie to upamiętnia pamiątkowa tablica, znajdująca się na elewacji frontowej, ufundowana w 1967 r. przez mieszkańców.
Stąd ruszali w świat
Hrubieszów ma niezwykłe szczęście do ludzi. Urodził się tutaj nie tylko Bolesław Prus. Pracował tu także Bolesław Leśmian. To również rodzinne miasto Wiktora Zina – architekta, profesora i autora kultowego programu „Piórkiem i węglem”. Jego rodzina prowadziła zakład snycersko-malarsko-pozłotniczy. Trafiały tam do renowacji ołtarze, rzeźby i ikonostasy. Mały Wiktor dorastał więc wśród śladów katolickiej, prawosławnej i żydowskiej sztuki. To dzięki niemu jego program przyciągał przed ekrany telewizorów rekordową widownię i był jednym z najdłużej emitowanych w historii polskiej telewizji. Opowieści profesora o polskiej architekturze słuchano przez niemal trzydzieści lat.
Z Hrubieszowa pochodził również Abraham Stern – zegarmistrz i mechanik samouk, który konstruował maszyny liczące, dalmierz geodezyjny, młocarnię, tartak mechaniczny oraz żniwiarkę konną. Żył w czasach, gdy nikt nie śnił o komputerach, a mimo to bywa dziś nazywany jednym z prekursorów cybernetyki. Lista znanych ludzi stąd jest znacznie dłuższa. Jedni wyjechali na studia, inni za pracą, jeszcze inni uciekali przed małomiasteczkową ciasnotą. Wielu wracało choćby we wspomnieniach.
Miasto na rubieży
Sama nazwa miasta może pochodzić od słowa „rubież”. Trudno o lepsze określenie. Hrubieszów od zawsze był na granicy: państw, kultur, języków i religii. Przechodzili tędy Tatarzy, Kozacy, Szwedzi, Austriacy, Rosjanie, Niemcy i Sowieci. Miasto płonęło, było rabowane i odbudowywane.
Przez stulecia mieszkali tu razem Polacy, Rusini i Żydzi. Funkcjonowały kościoły, cerkwie, synagogi, szkoły, szpitale i kramy. W XIX wieku Żydzi stanowili większość mieszkańców i prowadzili znaczną część handlu. Zagładę tej społeczności przyniosła niemiecka okupacja. Ludzi wywożono do obozu śmierci w Sobiborze, a wielką synagogę rozebrano już po wojnie.
Dziś o wielokulturowej historii przypominają cerkiew, świątynie katolickie, cmentarze, stare dworki i puste miejsca po budynkach, których już nie ma. Hrubieszów nie jest pocztówkowym miasteczkiem udającym skansen. To żywe miejsce pełne sprzeczności. Z jednej strony słychać wojskowe śmigłowce i czuć bliskość niespokojnej granicy. Z drugiej – życie nadal toczy się spokojnie, niemal po dawnemu. Ludzie zatrzymują się na rozmowę, żartują ze swojego zaśpiewu i narzekają, że młodzi stąd wyjeżdżają.
A potem ktoś z hrubieszowskim akcentem odbiera telefon w Warszawie, Chicago, Londynie albo Sydney. I już po kilku słowach wiadomo, skąd pochodzi.

Komentarze