Zapotrzebowanie na nowych wolontariuszy jest u państwa nadal bardzo duże?
Monika: Ostatnio naprawdę mamy bardzo duże zainteresowanie wolontariatem. Sama przez lata byłam wolontariuszką. Wolontariuszy, odkąd pamiętam, było mnóstwo. Teraz mamy ponad 45 osób na samym oddziale, ale są jeszcze wolontariusze akcyjni i wolontariusze modlitewni, którzy modlą się za nas wszystkich, przede wszystkim za pacjentów. Cały czas potrzebujemy jednak kolejnych osób.
Kim są ci, którzy poświęcają tu swój wolny czas?
Są to ludzie z różnych środowisk. Lekarze, pielęgniarki, ale również osoby, które wcześniej nie miały żadnej styczności z osobami chorymi. Po prostu czują potrzebę serca, żeby pomóc, przyjść i spożytkować ten czas jak najlepiej. Jest mnóstwo studentów i uczniów, więc każdy pomaga na tyle, na ile może. Ostatnio zgłosiło się do nas kilku harcerzy, którzy przychodzą pomagać w takich pracach jak porządkowanie czy pomoc w kuchni. Tych obszarów jest naprawdę dużo i każdy może znaleźć coś dla siebie.
Można pomagać w ogrodzie, można pomagać akcyjnie. Jeżeli ktoś ma zdolności artystyczne, również może się tutaj wykazać. Wspierają nas uczniowie ze szkół czy przedszkoli. Jedna z nauczycielek poprosiła uczniów, żeby przygotowali coś dla hospicjum. Napisali piękne kartki z utworami i poezją, które później były odczytywane chorym.
Staramy się jak najbardziej umilić czas naszym podopiecznym. Zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to dla nich bardzo trudne. Z dnia na dzień przenieść się do hospicjum, gdzie człowiek patrzy tylko w białe ściany, często nie może wstać. Pacjenci naprawdę czekają na kontakt, czekają na to, żeby ktoś ich odwiedził.
Wolontariuszy mamy naprawdę mnóstwo i zawsze ktoś przyjdzie, zawsze ktoś spyta: „Co słychać?”, „Jak się pani czuje?”.
To taka namiastka domu.
Monika: Trochę tak. I często jest też tak, że zżywamy się tutaj z pacjentami.
Ale muszę przyznać, że hospicjum często kojarzy się ludziom źle. Natomiast my jesteśmy po to, żeby jednak to życie tutaj pielęgnować. To jest bardzo ważne.
Jest tutaj też mnóstwo śmiechu i radości. Ewa i Radek z Fundacji „W Zielone Gramy”, którzy przychodzą do nas z psiakami i innymi zwierzętami, sprawiają, że na twarzach pacjentów pojawia się mnóstwo uśmiechów.
Jaka była pani historia z wolontariatem?
Monika: Często przechodziłam tędy, obok hospicjum, i kiedyś bardziej się tym zainteresowałam. Zgłębiałam temat i okazało się, że jest mnóstwo ludzi, do których nikt nie przychodzi.
Uważam, że ten ostatni czas, który człowiek ma tutaj na ziemi, jest bardzo istotny. Jest tak naprawdę święty. I było mi bardzo przykro, kiedy wyobraziłam sobie, że ktoś z moich bliskich na przykład odchodzi sam. Trochę się tego bałam.Bałam się tutaj przejść, bo też miałam pewne stereotypy w głowie. Ale przełamałam się, przyszłam i okazało się, że zupełnie tak to nie wygląda.
My tutaj troszeczkę traktujemy się jak rodzina, jak przyjaciele. Często było tak, że kiedy przychodziłam na oddział, oglądaliśmy z pacjentami mecze. Było mnóstwo rozmów.Pamiętam pana Jacka, który uwielbiał malować obrazy. Miał płótna, farbki. Ja też mam dwa.
Często jest tak, że wolontariusze, którzy przychodzą, też mają podobne doświadczenia: czuli, że chcieli tu przyjść od dłuższego czasu, ale się bali. W końcu przełamali się, przyszli i najczęściej takie osoby zostają na dłużej.
Ja teraz, przyznam szczerze, nie wyobrażam sobie życia bez hospicjum. Miałam taki okres, kiedy musiałam na chwilę przestać tutaj przychodzić, do pacjentów, i naprawdę czułam brak, czułam pustkę. Chciałam wrócić.
Od jak dawna jest pani związana z hospicjum?
Monika: Jestem zaangażowana od 2019 roku.
Teraz bardziej pomagam w sprawach administracyjnych ze względu na moje obowiązki, ale zawsze jest mi bardzo miło, kiedy mogę zejść na dół i odwiedzić pacjentów, porozmawiać z ich bliskimi.
Bo to wszystko, o czym my dzisiaj tutaj rozmawiamy, robimy dla nich. Oczywiście, te wszystkie akcje są piękne i pięknie się o nich opowiada, ale za tymi wszystkimi akcjami stoi człowiek, któremu chcemy pomóc.
Myślę, że to jest najistotniejsze – żeby spędzić ten czas z pacjentami, zagwarantować im tutaj jak najlepsze odchodzenie. Żeby ten ostatni czas był dla nich jak najbardziej komfortowy. Na tyle, na ile możemy, staramy się upiększać sale, wprowadzać gości i wolontariuszy, żeby nasi Podopieczni mogli się u nas dobrze poczuć.
To na pewno trudny czas nie tylko dla jednej osoby, ale dla całych rodzin.
Monika: My w hospicjum opiekujemy się nie tylko pacjentami, ale też rodzinami i bliskimi, dlatego że zdajemy sobie sprawę z tego, że gdy choruje człowiek, chorują też jego bliscy. Mamy również grupę wsparcia dla osób, które są w żałobie.
W ogóle ten czas przybycia tutaj jest bardzo trudny. Jest mnóstwo osób, które chorują na choroby nowotworowe, zwłaszcza w ostatnim czasie. Na pewno każdy z nas zna kogoś, kto się z tym mierzył, kto miał bliską osobę, która chorowała. Ja również miałam bliską osobę, która tutaj trafiła.
To musi być trudne doświadczenie.
Monika: Myślę, że tak. Ale to kwestia do przepracowania.
Często ludzie pytają, jak my tu funkcjonujemy, jak jesteśmy w stanie tutaj przychodzić do pracy. Myślę, że jeżeli człowiek ułoży sobie w głowie pewne kwestie, że po prostu jesteśmy ludźmi, istotami śmiertelnymi, które odejdą prędzej czy później, to zaczyna troszeczkę inaczej patrzeć na świat.
Zdajemy sobie sprawę z tego, że to nie jest łatwe miejsce. Że oprócz uśmiechów i radości jest tutaj również dużo smutku, cierpienia i bólu. Ale właśnie jesteśmy tutaj po to, żeby jak najbardziej zaopiekować się ludźmi, którzy u nas są.My traktujemy hospicjum jak dom. Staramy się robić tak, żeby każdy, kto tutaj do nas trafia, czuł się zaopiekowany.
Jednak nadal jest wiele mitów i stereotypów o hospicjach.
Monika: Staramy się troszeczkę odczarowywać to miejsce, chociaż nie jest to takie proste. Ludzie wyobrażają sobie hospicjum jako takie miejsce, gdzie jest tylko mnóstwo bólu i cierpienia. A tak to nie wygląda.
My staramy się uśmierzać ból, jak najbardziej odciążać pacjentów. Pacjenci są spokojni. Mamy naprawdę świetnych specjalistów, lekarzy, którzy odpowiednio dobierają leki tak, żeby jak najmniej cierpieć, żeby jak najmniej bolało, żeby można było spać.
I tego często nie da się zapewnić w domu?
Monika: Właśnie o to chodzi. Oczywiście najbardziej komfortowe dla pacjentów byłoby, gdyby mogli być w domu. I zdarza się tak, że jeżeli ktoś u nas jest, nabierze trochę sił i poczuje się trochę lepiej, może pójść do domu.
Czyli zdarzają się takie historie.
Monika: Tak, zdarzają się. Z wyzdrowieniem jest różnie. To bardzo rzadkie przypadki, że komuś jeszcze udało się wrócić do zdrowia. Natomiast ludzie jak najbardziej mogą jeszcze pójść do domu.
Czasami ktoś uważa, że jak tutaj trafi, to już do końca życia będzie w hospicjum. A bywa różnie, w zależności od stanu naszych pacjentów. Hospicjum nie zawsze oznacza więc „ostatni etap” – czasem jest miejscem, które pomaga odzyskać spokój i poprawić jakość codziennego życia.
Rozmawiała Katarzyna Nakonieczna

Komentarze