To nie jest nasza wojna. Nie lubię tego sformułowania. Kojarzy mi się z tymi, którzy odpowiedzialność za rozlew krwi za wschodnią granicą Polski przenieść próbują z Rosjan na Ukraińców. W myśl pokrętnej logiki dyktowanej przez Kreml, rzecz jasna.
Ale też rozumiem lęk dużej części Polaków. Lęk przed wojną. Ta jest bowiem, jak to słynne zdjęcie, które zdobi okładkę ostatniego wydania arcydzieła literatury wojennej „Depeszy” Michaela Herra: młody amerykański żołnierz o hipnotyzujących oczach z napisem „War is hell” na opasce hełmu.

Drabina eskalacyjna i inne obojętności
Hipnotyzujące oczy wojny to szał, jaki w ostatnich latach zapanował w Polsce na punkcie wszelkiego rodzaju programów, podcastów i książek o charakterze geopolitycznym. Rodacy zaczęli mówić językiem Jacka Bartosiaka, Jarosława Wolskiego, Piotra Zychowicza i im podobnych. Techniczny żargon geopolityczny, zawierający takie smaczki jak „drabina eskalacyjna”, zrewolucjonizował i zdominował polską debatę publiczną o obronności.
„War is hell” z hełmu tego żołnierza o pięknych oczach to jednak zderzenie godzin spędzonych na słuchaniu geopolitycznych dyskusji na Youtube czy graniu w „Systemic War: Play of Battle”, które - przy całej powadze - ciągle zaklasyfikować można w kategorii „rozrywka”, z prawdziwym niebezpieczeństwem nadejścia wojny. Czasów odwróconego dekalogu, konfrontacji ze złem i mrokiem, codziennego obcowania z bronią, krwią i śmiercią. Również tych najbliższych: taty, mamy, męża, żony, dziecka, przyjaciół. To wszystko od ponad czterech lat przeżywają nasi sąsiedzi z Ukrainy.
Ale i na Lubelszczyźnie wieje chłodem wojny. Od jakiegoś czasu nie ma nocy, żeby nie przyszedł Alert RCB opatrzony trzema słowami wstępu: „Uwaga! Uwaga! Uwaga!”. Bywa, że syreny alarmowe budzą mieszkańców okolic Zamościa, Biłgoraja, Chełma, Hrubieszowa, Tomaszowa Lubelskiego. Ale i Lublina.
Pułkownik rezerwy Hubert Trusiuk, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Mieszkańców i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta Chełm, mówi w „Super Expressie”, że Chełmianie przyzwyczaili się do myśliwców nad głowami, że stali się niemalże obojętni.
Czy to ćwiczenia, czy to wojna?
Czasami nie da się być jednak beznamiętnym. W listopadzie 2022 roku w Przewodowie zginęło dwóch polskich rolników: na teren suszarni zbóż spadł ukraiński pocisk przeciwlotniczy systemu S-300, wystrzelony w celu odparcia zmasowanego ataku rakietowego Rosji na obwód lwowski. We wrześniu 2025 roku szczątki polskiej rakiety z myśliwca F-16 zniszczyły dom mieszkalny w Wyrykach. W lecie 2026 roku rosyjska rakieta Ch-101 wleciała w polską przestrzeń powietrzną, rozbiła się i utworzyła potężny krater w miejscowości Tarnawa-Kolonia.
W Białej Podlaskiej zastrzelono karykaturzystę krytykującego władze Rosji i Białorusi, mieszkającego w Polsce od 2021 roku. 30 sierpnia przy ulicy Kasprowicza w Lublinie wybuchł wielki pożar hali magazynowo-biurowej należącej do zakładu produkcyjnego JFG Composites, który wytwarza części i kompozyty do dronów wykorzystywanych w obronie Ukrainy.
W nocy z 12 na 13 września jeden z rosyjskich dronów odrzutowych uderzył w stację benzynową w pobliżu przejścia granicznego Dorohusk-Jagodzin. Drugi pocisk uszkodził lokomotywę pociągu towarowego z pustymi cysternami na bocznicy w pobliżu granicy Ukrainy z Polską. Po polskiej stronie ewakuowano sumarycznie blisko sześćset osób z Dorohuska i Hrebennego.
Na granicy z Ukrainą pojawiły się wojskowe umocnienia. Żołnierze 4. i 18. Pułku Saperów zbudowali posterunki obserwacyjno-strażnicze i wzmocnili infrastrukturę używaną przez Straż Graniczną. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej do 9 grudnia 2026 roku wprowadziła specjalną strefę ograniczoną EP R134 nad Lubelszczyzną. Ograniczenia obowiązują 24 godziny na dobę. Przepisy obejmą przestrzeń powietrzną od poziomu ziemi do wysokości około trzech kilometrów.
17 września ludzi w całym województwie na nogi postawiły syreny alarmowe. I nie wiadomo było, czy to ćwiczenia, czy poważne zagrożenie.
Wojna puka do drzwi Lubelszczyzny
Tak, wojna puka do drzwi Lubelszczyzny. A skoro tak, to też do drzwi Polski, Europy, NATO, demokratycznego świata. Nie da się temu zaprzeczać, skoro o eskalacji ze strony Rosji i coraz bardziej realnym scenariuszu konfliktu zbrojnego w jakiejś formie na terenie naszego kraju mówią chóralnie wszyscy najważniejsi członkowie rządu: premier Donald Tusk, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Dyplomatyczne i polityczne ruchy na własną rękę wykonuje też prezydent Karol Nawrocki.
Mnóstwo dzieje się na linii Stany Zjednoczone-Ukraina-Polska-Unia Europejska. Ludzie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa odwiedzają Władimira Putina w Moskwie i efekty tych wizyt są raczej kiepskie. Prezydentowi Trumpowi ufać nie sposób. Powstają lub nie powstają raporty CIA. Obserwujemy wzmożenie na szczytach politycznych we Francji czy nawet w Szwajcarii. Rosja ostrzeliwuje Kijów, Charków, Odessa, Dniepr, Zaporoże, ale też zachód Ukrainy. A jednocześnie prowadzi coraz śmielsze działania dywersyjne w Polsce, Czechach, Rumunii, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Łotwie czy na Litwie. Pierwszy przykład z brzegu: rosyjski dron wyłowiony z Bałtyku w rejonie Rusinowa koło Jarosławca miał głowicę z materiałem wybuchowym i zapalnikiem.
Z tym większym zdziwieniem przeczytałem zamieszczone w mediach społecznościowych wpisy Leona Komornickiego, generała dywizji Wojska Polskiego w stanie spoczynku. Kiedyś minęliśmy się w porannym programie Onetu, wydał mi się szalenie inteligentnym, rzeczowym starszym panem o bardzo ciekawym spojrzeniu na świat. Tymczasem generał Komornicki zagrzmiał: „Trwa proces wciągania nas do wojny!”.
Początkowo naiwnie pomyślałem, że przez Rosję. Ale generał Komornicki, niestety, nawiązywał przede wszystkim do wypowiedzi ministra Sikorskiego z konferencji Yalta European Strategy w Kijowie. Szef MSZ powiedział tam: „Gdyby Rosja zaatakowała Polskę, pokonalibyśmy ją dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w zakresie sił powietrznych. Jeśli Ukraińcom udało się też w ciągu sześciu miesięcy wyłączyć z użytku połowę rosyjskich mocy rafineryjnych, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i zniszczyć pozostałą połowę”.
Na to zareagowała Maria Zacharowa, kontrowersyjna rosyjska rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Na Telegramie napisała: „Rusofobia mózgu”. W podobne tony uderzył Nikołaj Patruszew, doradca Putina: „Jeśli Polska podejmie działania militarne przeciwko Rosji, nasz kraj użyje całego arsenału sił i środków, a polska państwowość przestanie istnieć w ciągu dwóch, trzech dni”.
Polacy, jak zwykle, się podzielili. Jedni chwalili ministra Sikorskiego w myśl zasady, że z Kremlem na słowa pojedynkować można się tylko za pomocą retoryki Kremla o treści à rebours. Drudzy oburzyli się jednak sakramencko: „To nie jest nasza wojna!”. Ale większość ich argumentów brzmiała, jak przekaz wysłany do reprodukowania z serwerów w rosyjskim Omsku czy innym Jakucku.
Zombie przez kremlowskie „Z”
Profesor Katarzyna Pisarska z Fundacji Pułaskiego w „Faktach po Faktach” na antenie TVN zupełnie nieprzypadkowo ubolewała przecież w ostatnich dniach, że Rosja w Polsce wygrała wojnę kognitywną. A to forma walki, w której polem bitwy staje się ludzki umysł. Jej celem jest zmiana sposobu, w jaki ludzie myślą, decydują i reagują. W XXI wieku najbardziej skuteczną bronią w wojnie kognitywnej są social media. Rosja osiągnęła mistrzostwo w podjudzaniu i przekabacaniu tłumu za pomocą fałszywych narracji, kłamstw i półprawd, tych wszystkich viralowych filmików i pseudohistorii, które zamieniają umysł odbiorców w umysł zombie przez kremlowskie „Z”.
Natomiast skoro o wciąganiu Polski i Lubelszczyzny w wojnę pisze ktoś tak poważny, jak generał Komornicki, to należy się temu przyjrzeć.
- Podjarani politycy i generałowie nie wiedzą, co mówią i co czynią. Zapomnieli lub nie wiedzą, czym powinna być strategia odstraszania i w jakim celu wydawane są ogromne pieniądze podatnika na obronę, a nie na wojnę. Pokój, pokojowy rozwój i przetrwanie narodu są racją stanu. Ten, kto nie jest zwarty i gotowy, ten nie wydziera się, że pokona Rosję. A nawet jeżeli jest gotowy, to zachowuje pokorę i też się nie wydziera. Rosjanie właśnie sprawdzili nas po raz kolejny. I mają odpowiedź: silni w pysku to Polacy są i nic więcej. Prężcie nadal swoje cherlawe pięty. Przepisy, procedury i wydzieranie się są u nas najsilniejsze. To nie koniec. Rosja nadal nas będzie testować. I to bardzo bolesne. Tak, trwa proces wciągania nas do wojny! – napisał Leon Komornicki.
Generał Roman Polko w „Rzeczpospolitej” za to nie ma żadnych wątpliwości, kto tu kogo próbuje wciągnąć do wojny. Rosjanie Polaków. Nie Polacy Rosjan. Generał Polko mówi o intencjach Putina: „Chce przenieść walkę do Polski”. Nikt już chyba nie ma wątpliwości, że prezydent Rosji nie może się wycofać, zrobić kroku w tył, bo jego „operacja wojskowa” zakończona każdym innym rozstrzygnięciem niż pełne zwycięstwo, uznana zostanie przez jego stronników za historyczną klęskę. Putin wydał bzdurne rozkazy, wskutek których życie straciły setki tysięcy Ukraińców i Rosjan. Ale co będzie dalej? Tego nie wie nikt.
Jacyś ludzie to jeszcze nie my
Nie chciałbym, żeby Lubelszczyzna pogrążyła się w wojennej pożodze. I to takiej, jakiej świat jeszcze nie znał: pasącej się na rozwoju technologicznym, wykorzystującej upiorną broń najnowszej generacji. Chciałbym cieszyć się życiem, małym życiem. Ale gdzieś z tyłu głowy mam ten upiorny wiersz noblistki Wisławy Szymborskiej:
„Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.
Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.
Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.
Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,
a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie
i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.
Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,
nie ten, co trzeba most
nad rzeką dziwnie różową.
Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,
w górze samolot trochę kołujący.
Przydałaby się jakaś niewidzialność,
jakaś bura kamienność,
a jeszcze lepiej niebyłość
na pewien krótki czas albo i długi.
Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.
Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,
w ilu postaciach i w jakich zamiarach.
Jeśli będzie miał wybór,
może nie zechce być wrogiem
i pozostawi ich przy jakimś życiu”
I oby nikt o nas nie mówił „jacyś ludzie”.

Komentarze