Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama

Wpuszczeni w kanał

W głębokich na kilka metrów studzienkach robotnicy bialskich wodociągów i kanalizacji pracują bez kasków i zabezpieczeń. Kierownictwo twierdzi, że to samowola i zapowiada kary.
Jeden robotnik zbiera łopatą szlam z dna studzienki kanalizacyjnej i napełnia nim wiadro. Drugi wyciąga zamocowane na linie wiadro na powierzchnię. Praca przebiega sprawnie. Ale czy bezpiecznie. Tylko patrzeć, kiedy kilkunastokilogramowy ciężar spadnie na głowę mężczyźnie stojącemu w głębokiej dziurze. - Mamy kaski, ale nie nakładamy ich, bo nie ma tu żadnego niebezpieczeństwa - twierdzi jeden z pracowników. - A załóż pan kask i wejdź do środka. Zobaczysz jakie tam piekło. A drugi dodaje: Na dobrą sprawę, to nie powinniśmy tam wchodzić, bo do tego służą specjalistyczne samochody. Ale takich u nas nie ma. - To jest nieprawda - oburza się Jerzy Kułaga, kierownik zakładu sieci Wod-Kan w Białej Podlaskiej. - Mamy trzy wozy kombinacyjne do wybierania osadów i wszystkie obecnie pracują sprzętem, a pracownicy złamali wszystkie możliwe przepisy bhp. Według Kułagi pracownicy ewidentnie przekroczyli swoje uprawnienia. Zapewnia, że wyciągnie wobec nich konsekwencje. - Na rutynę w tym zawodzie nie ma miejsca - tłumaczy. Na każdorazowe wejście do studzienki potrzebne jest pisemnie polecenie przełożonego. Kierownik Kułaga twierdzi, że takiej zgody nikomu nie wydał. Zygmunt Jarosz, główny inżynier wodociągów, też karci pracowników. - Praca jest bardzo niebezpieczna. Nie dopuszczę, żeby w naszym zakładzie doszło do tragedii - mówi. - Ci ludzie przynajmniej dwa razy w tygodniu mają szkolenia bhp i dziwi mnie, że decydują się pracować bez zachowania minimum ostrożności. W 2003 r. doszło do tragedii oczyszczalni ścieków w Orchówku (pow. włodawski). Trzej pracownicy z łęczyńskiej firmy zajmującej się konserwacją urządzeń zeszli do studni wypełnionej trującym gazem. Mieli udrożnić zatkany szlamem otwór odpływowy. Zatruli się oparami siarkowodoru. 30-letni Krzysztof H., 48-letni Grzegorz S. oraz 48-letni Andrzej T. zmarli w ciągu kilkudziesięciu sekund. Biegły sądowy stwierdził, że doszło do naruszenia szeregu przepisów. Bezwzględnym błędem było niezapewnienie pracownikom środków do ochrony górnych dróg oddechowych. Prokuratura oskarżyła o zaniedbanie obowiązków prezesa zarządu łęczyńskiej firmy „Energetyk” i kierownika grupy konserwującej urządzenia. (ja)

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama