Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Piotr Kuba Kubowicz: Pośpiech poniża

Jest ostatnim artystą Piwnicy przyjętym przez Piotra Skrzyneckiego. Kiedy śpiewa „Wartownika”, publiczność słucha sercem. Wiersze Rilkego dla Kubowicza przetłumaczył lubelski poeta Marian Janusz Kawałko. Podczas koncertów rozmawia z ludźmi, ale nie lubi wywiadów. No chyba, że w Lublinie. Rozmowa z Piotrem Kubą Kubowiczem z krakowskiego kabaretu Piwnica Pod Baranami.
Piotr Kuba Kubowicz: Pośpiech poniża
Piotr Kuba Kubowicz

• Do Piwnicy Pod Baranami przyjechał pan z Wiednia, gdzie śpiewał pan w tamtejszej Operze Kameralnej?

- Tak było. Jestem ostatnim artystą przyjętym przez Piotra Skrzyneckiego. Kiedy przyjechałem z Wiednia był już bardzo chory. Zostałem oficjalnie przyjęty do kabaretu 21 marca 1997 roku. Szczęśliwy, że nie musiałem długo czekać.

• Z Wiednia do Krakowa przyjechał pan z piosenkami do tekstów Mariana Janusza Kawałko?

- Tam się poznaliśmy. Zaśpiewałem - i chwyciło. Mimo całej surowości formy, śpiewałem tylko z fortepianem. Jego wiersze „Ta Polska” i „Nocny telefon”. Śmieję się, że Kawałko to mój import do Krakowa, w końcu zrobiliśmy razem osiemnaście wierszy austriackiego poety Rilkego oraz wiele innych projektów.

• Jak do tego doszło?

- Spotkaliśmy się w Wiedniu. Powiedziałem, że mam wiersze Rilkego. Zapytał, czy mógłby spróbować. Powiedziałem proszę. Pod warunkiem: chcę śpiewać Rilkego w dwóch językach. Zgodził się. Zrobił kilka fantastycznych tłumaczeń. Znawcy mówią, że niektóre z tłumaczeń lubelskiego poety są lepsze niż oryginał. To są teraz wiersze wybitnej urody.

• O czym jest „Wartownik”?

- O ofiarowaniu siebie. W każdej sytuacji. Rilke błądził. I się nawracał. Tytuł tomu Rilkego to „Das Stundenbuch”, co tłumaczymy jako Księga godzin. Dosłownie „Das Stundenbuch” to brewiarz. Sam sobie napisał brewiarz, w sumie znalazło się w nim ponad 250 wierszy. Wadził się z Bogiem i się mu bezgranicznie oddawał w opiekę.

• Jesteśmy jak figowiec?

- Wszystko jest płonne. Ziemia wyschnięta, a jednak figowiec owoc rodzi.

• Jak ludzie reagują na wiersze Rilkego?

- Mocno. Grałem kiedyś Rilkego w Bukowinie Tatrzańskiej. Po koncercie podpisuję płyty. Jak skończyłem, podchodzi do mnie stara Góralka koło osiemdziesiątki. Pięknie w strój góralski ubrana. I mówi: Dejcie mi pięć płyt to poślę do Ameryki. Daję, piszę Staśkowi, Józkowi. A ona podeszła jeszcze bliżej, pogłaskała mnie po głowie jak taka mamucha i mówi: No nareście nikt z nas nie robi idioty. To pokazało mi sens śpiewania poezji.

• Wydawałoby się, że nieprzystępnej?

- Nieprawda. Jak Kościół mówi Jezu kocham Ciebie i to się odmienia przez wszystkie przypadki, to się musi znudzić. A Rilke nie. Znów historia z Białki Tatrzańskiej. W zakrystii po koncercie zaczepił mnie pomocnik kościelnego. Musiał być po weselu. Patrzy i mówi: „Ale mie siekło”.

• Wycisza pan ludzi na koncertach, zwalnia, wytrąca z pośpiechu?

- Tłumaczę im, że pośpiech poniża. To jest Piotra Skrzyneckiego powiedzenie. Ja w Krakowie nigdy w życiu nie pobiegnę za tramwajem. Nawet jak jest piętnaście metrów ode mnie, nie podbiegnę. Jak jestem w Warszawie, patrzą na mnie jak na intruza. Patrzę na świat, rozglądam się, podejdę tu czy tu, a pędzący ludzie się o mnie obijają. Żeby tak? W życiu!

• Wróćmy do Krakowa. Jaka jest dziś Piwnica Pod Baranami?

- Jest jedna różnica. Jest bez Piotra. To jest wielki brak. I będzie zawsze. Trochę ludzi odeszło. Ania Szałapak, Beata Rybotycka, Jacek Wójcicki, ale on występuje gościnnie. Odszedł Marek Pacuła, który wprowadzał mnie do Piwnicy. Co tydzień gramy spektakle, bilety są wyprzedane na kilka miesięcy. Trzymamy poziom. Są rzeczy nowe. Piszą dla nas Andrzej Zarycki i Zygmunt Konieczny. Jesteśmy w bardzo dobrej formie. Jesteśmy jedynym kabaretem, gdzie modlimy się i śmiejemy. „Wartownik” jest modlitwą. Dedykowaną Piotrowi i jedną z najczęściej śpiewanych pieśni w Piwnicy.

• Zostawił pan operę, role w teatrze dla kabaretu. Co się stało?

- Nic się nie stało. Jestem starym bigbitowcem. Jestem wolny. Dwa sezony śpiewałem w Operze Kameralnej w Wiedniu. I zostawiłem to, uznając, że jeszcze coś mam w zanadrzu. Zacząłem śpiewać poezję. Napisałem bardzo dużo piosenek. Na jubileuszowy koncert tydzień śpiewania byłby za mało. I nie powtórzyłbym się z ani jedną melodią.

• Prowadził pan koncerty Joe Zawinula, wybitnego pianisty i kompozytora.

- Znałem jego agentkę, potem się w Krakowie poznaliśmy i polubiliśmy. Miał swój klub w Wiedniu. Dałem mu swoją płytę. Musiała mu się spodobać. Poprowadziłem jego koncert w Polsce. Potem zaprosił mnie z koncertem do swego klubu. Po prostu.

• Jak się żyje w Krakowie?

- Tak się żyje, że nie wolno się spieszyć. Jako artyści mamy przywilej, że jesteśmy wolnymi ludźmi. Żyjemy od umowy do umowy. Przez to mamy trochę czasu, bo sobie sami go organizujemy. Spotykamy się w barze Vis-à-vis, gdzie jest pomnik Piotra. To było nasze biuro, kiedy Piotr żył. Tam chodzę na konika. To jest tonik z dużą ilością lodu, podany w szklance do piwa. Tam spotykamy się z Janem Nowickim.

• O której pan wstaje?

- Wstaję, jak wstaję. Najchętniej rano, wtedy lubię pracować.

• Gdzie na obiad?

- Już się zaczynają pomidory malinowe, dokupię bundz i czego mi więcej do szczęścia trzeba. Cebula, ocet i nie ma siły.

• Ulubione danie?

- Jestem uzależniony od golonki. Idę na Kazimierz, w okrąglaku od strony Izaaka jest bar, gdzie dają golonkę i żeberka. Do tego kapusta i dziękuję. Lubię wątróbkę z cebulką. Zupę z wątróbki. I wątrobiankę. Uwielbiam móżdżek. Ale coraz rzadziej go podają. Więc mam taki ersatz. Swojska pasztetowa lub wątrobianka. Należy ją wcześniej rozpuścić w tłuszczu, do tego wbić jaja i dobrze przyprawić. Nie dać się temu ściąć.

• Na bezludną wyspę zabrałby pan golonkę?

- Skąd. Naszą góralską, swojską kiełbasę. Z galaretką. I żółty ser. Tym bardziej, że z serami w Polsce podgoniliśmy Europę.

• Wróćmy do pośpiechu. Czemu ludzie tak pędzą?

- Jesteśmy zachłanni, nietolerancyjni. Jesteśmy społeczeństwem roszczeniowym. Stąd bierze się pośpiech, to gnanie, bo sąsiad ma więcej, kolega ma to. To nas źle stymuluje. Wtedy nie ma szans na zwolnienie w życiu.

• Życie za nami już nie nadąża?

- Ono nadąża. Tylko, że tego nie dostrzegamy. Dopiero, kiedy kopnie nas porządnie w tyłek - w różny sposób - dostrzegamy. Niekiedy jest to strasznie bolesne.

• Człowiek wstaje rano i każdego dnia czekają na niego 24 nowe, jeszcze nie napoczęte godziny. Czemu nie potrafi tego wykorzystać?

- Nie wiem. Trochę w życiu nawywijałem. Ale z racji tego, że ani nie nagromadziłem niczego, nie boję się, że coś mogę stracić, każdy kolejny dzień jest dla mnie darem. Albo to będzie dobry dar, albo taki sobie. Ale lepiej lub gorzej sobie poradzę. Przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza, bo takie jest życie. Albo przyspieszy, albo zwolni.

• Boi się pan choroby, śmierci?

- Nie boję się. Aczkolwiek jeszcze parę rzeczy mam do zrobienia i bym się nie spieszył z tym, żeby sobie pójść. Choć bywały takie momenty w życiu, że miałem dość. Mam swoje choroby, jak każdy wkroczyłem w wiek, gdzie jest bliżej niż dalej. Przeszedłem dwa zawały. Przy drugim straciłem przytomność, dotrwałem do rana, potem sobie ten zawał zaniosłem do szpitala. Za dwie godziny byłem na stole operacyjnym. Ale nie robię rozrachunków. Dalej się żyje.

• Co w życiu jest najważniejsze?

- Miłość. To jest sedno naszego życia. Miłość do kobiety, do siebie, do ludzi, do świata. Jestem za miłością. Parę razy miałem w życiu dużo, parę razy to straciłem. Nigdy nad tym nie bolałem.

• Jest pan człowiekiem szczęśliwym?

- Pracuję nad tym, żeby być.

• Marzenia?

- Mam dziewczynę Marzenę. I to już jest dużo. Moim marzeniem jest pomagać jej w realizacji marzeń. Bo u niej mogę sobie i popisać, i posiedzieć i poleżeć. I pojeździć konno. Byłoby dobrze, gdybym mógł poświęcać jej dużo pracy, być przy niej w jej planach.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama