Piotr Tubilewicz odpoczywał w cieniu. Gruba skóra i ciężkie buty w 35-stopniowym upale nie są najbardziej komfortowe. Ale czego się nie robi dla pasji. - To jest mój drugi sokół 1000. Tego akurat znalazłem w Otwocku, po sygnale od kolegi. Stał pod płotem i czekał na koniec. Nie pozwoliłem - opowiada pan Piotr.
Na zakupy
Dziś sokół 1000 wygląda jak nowy, jakby przed chwilą opuścił Centralne Warsztaty Samochodowe (a właściwie Państwową Wytwórnię Samochodów) w 1934 roku. - Ten motocykl, podobnie jak każdy zabytkowy jednoślad, ma swoją duszę. Ten akurat jest w 81 proc. oryginałem. Renowacja wymagała sporo wysiłku, ale to nie oznacza, że maszyna stoi w garażu. Używamy jej do codziennego jeżdżenia. Zdarza się, że z żoną wyskoczymy na zakupy do marketu. Siatki świetnie mieszczą się w koszu - dodaje Piotr Tublewicz
Dwucylindrowy sokół 1000 M111 był na swoje czasy nowoczesnym motocyklem. Rozwijał moc, w zależności od wersji, 18 lub 22 KM. Producent stosował osprzęt najlepszych firm w Europie: prądnica była Boscha, gaźnik Zenith MC 22 pochodził z Anglii. - Produkcja w 80 proc. była kierowana do wojska. Ten akurat model jest w wersji z kierownicą turystyczną. Były też węższe sportowe - dodaje Tubilewicz. Sokół oczywiście bywa kapryśny. - Po odpaleniu, na wolnych obrotach klekocze. Kiedyś złożyłem go na ciasno. Chodził ja zegarek, tylko nie miał mocy. Ten typ tak ma. Muszą być luzy i tyle. To jest maszyn nie do zdarcia.
Zostanie z nami na zawsze
Jednym z najstarszych jednośladów tegorocznego zlotu był Sachs Miele 100. Maszyna służy już trzeciemu pokoleniu warszawskiej rodziny Węglerów. - Historia tego motorka wiąże się z osobą mojego dziadka, powstańca warszawskiego. Dziadek z Warszawy trafił do niewoli. Po wojnie wydłużył sobie pobyt w Niemczech o dwa lata. W 1947 roku, gdy zbierał się do powrotu do kraju, kupił ten motorower. Do dziś mamy umowę. Nie była to forma reparacji wojennej, ale normalna transakcja handlowa. Dziadek motorowerkiem z 1935 roku, spod Lubeki wrócił na kołach - opowiada Artur Węgler.
I tak Sachs Miele 100 przeniósł się nad Wisłę, gdzie codziennie był użytkowany. Czas płynął, dziadek Artura Węglera kupił samochód, a motorowerek w 1955 trafił pod płot. Potem został przeniesiony do garażu, gdzie zawisł pod stropem. Mijały kolejne lata, a zabytek z 1935 roku patrzył na wszystko z góry.
- Dwa lata temu z synem postanowiliśmy go ożywić. Nie wymagał wiele pracy. Odnowiliśmy lakier, wyczyściliśmy silnik, daliśmy nowe sidło. Maszyna odpaliła i tak od dwóch laty jeżdżę na zloty. Nawet nie chromowaliśmy na nowo kierownicy, tylko zostawiliśmy oryginalny wygląd chromu, ruszonego zębem czasu. Tak lepiej wygląda - dodaje Artur Węgler. Zapytany, czy sprzedałby motorower, zdecydowanie zaprzecza. - To jest nasz rodzinny święty Graal. Zostanie z nami na zawsze.
Maszynka z malutkim, 100-centymetrowym silniczkiem, jest żwawa. Jak się dobrze rozkręci, to pomknie nawet 60 km/h.
41 lat
Doktor Bogdan Szymański z Zamościa po raz kolejny przyjechał na Motozłaz swoim Avo Tourist. - Właśnie odpadł mi rozrusznik, mogę go palić tylko na pych. Chyba nie przejadę próby sportowej, bo pchnąć go po górę będzie trudno - mówi Bogdan Szymański. Zawodnicy na Motozłazie nie tylko jeździli z punktu A do B, ale także uczestniczyli w próbach sportowych. Ta w Muzeum Wsi Lubelskiej polegała na podjechaniu na luzie do linii, odpaleniu motocykla i dojechaniu do mety.
Boghdan Szyamński jest wręcz emocjonalnie związany ze swoja maszyną. - Jeżdżę moim Avo już 41 lat, choć motor ma 61 lat. Już nawet nie pamiętam, od kogo go kupiłem. Tak sobie podróżuję po całym kraju. Biorę udział w różnych zlotach. Na miejsce zawsze dojeżdżam na kołach.
Jak każdy zabytek, tak i Avo, wymaga sporo uwagi. Trzeba go regularnie serwisować, dbać o jego stan. - Choć konstrukcja jest bardzo odporna, to właściwie sam go skaleczyłem. Po zimowym serwisie nie zalałem oleju. Dopiero po 150 kilometrach zorientowałem się, że brak jest smarowania. O dziwo, silnik nie zatarł się. Dolałem litr i pojechałem dalej.
Nie mam tylko szmatki
Z Białegostoku na Motozłaz przyjechał z małżonką Przemysław Kopecki, lekarz ortopeda. - Zawsze mnie ludzie pytaj czy mam szmatkę, jak Hans Kloss, aby zetrzeć trzy 8. Tak reagują na mój motocykl - mówi Przemysław Kopecki. Radziecka konstrukcja łudząco przypomina niemieckie motocykle z II Wojny Światowej. Nie bez powodu, bowiem została skopiowana.
To jednak nie ma żadnego znaczenia. - Ten motor jest dla mnie odskocznią po ciężkim dyżurze. Po kilku godzinach na sali operacyjnej po prostu wsiadam i jadę. A na Podlasiu mamy sporo ciekawych tras - kończy doktor Kopecki.
Organizator Motozłazu, czyli lubartowska Federacja Zmotoryzowanych, po raz trzeci pokazała pasjonatom-motocyklistom nasz region. Bazą rajdu był Firlej, a zabytkowe maszyny odwiedziły Lublin, Lubartów i Ostrów Lubelski. Pasjonaci mogli nasyci oczy całym przekrojem pięknych motocykli – od modeli sprzed II Wojny Światowej, po japońskie youngtimery z lat 60. i 70-tych.
Zabytki w dobrej formie
Bywają kapryśne, często potrafi dać w kość, ale nikt nie chce rozstawać się z nimi. Często są skarbem przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Takie są zabytkowe motocykle, których czarują swoim wyglądem, charakterem o basowym dudnieniem silników. I takie można było zobaczyć na Motozłazie w miniony weekend
11.08.2017 12:15

Powiązane galerie zdjęć:
Reklama
Komentarze