Umowa miała zacieśnić współpracę pomiędzy polskim i ukraińskim resortem spraw wewnętrznych w zakresie bezpieczeństwa. Chodziło m.in. o przekazywanie sobie kluczowych informacji na temat potencjalnych dywersantów, przestępców i kolaborantów - w tym ludzi działających w obydwu krajach na zlecenie Federacji Rosyjskiej. To miała być odpowiedź na zdarzenia, do jakich doszło na polskiej kolei w listopadzie zeszłego roku, kiedy ustaleni sprawcy posługujący się obywatelstwem ukraińskim próbowali wykoleić pociągi na linii kolejowej nr 7 w województwie mazowieckim (stacja Mika) oraz lubelskim (odcinek Puławy-Gołąb).
Dziennik "Rzeczpospolita" donosi, że wspomniana umowa, którą 11 grudnia podpisał szef polskiego MZW, Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko, ukraiński minister spraw wewnętrznych, nadal nie weszła w życie. Okazuje się, że dokument nie został jeszcze zatwierdzony przez Sejm, a służby obydwu państw dopiero ostrożnie wypracowują zasady wzajemnej współpracy. Według dziennika Ukraina nadal nie przekazuje Polsce danych o przestępcach i kolaborantach powiązanych z Rosją. Polska, z powodu ograniczonego zaufania, również tego nie robi. Podpisana w blasku fleszy umowa, która miała wzmocnić bezpieczeństwo i ułatwić ściganie dywersantów, w praktyce pozostaje martwa.
Przypominamy, że według ustaleń polskich śledczych do aktów dywersji na torach 15 i 16 listopada doprowadzili Oleksander K. oraz Yevhenii I. Obywatele Ukrainy stoją za podłożeniem ładunku wybuchowego w okolicy stacji Mika oraz uszkodzenia sieci trakcyjnej niedaleko Puław. Pomagał im inny Ukrainiec, Volodymyr B., który zapewniał dywersantom transport i wsparcie logistyczne. Mężczyzna został aresztowany. Sprawcy sabotażu zbiegli na Białoruś.
źródło: Rzeczpospolita, MSW

















Komentarze