Mróz, który dla większości miast oznacza co najwyżej utrudnienia, w Chełmie stał się egzaminem z dojrzałości nowej technologii. Gdy temperatury w Chełmie spadły nawet poniżej –20 stopni Celsjusza, wodorowe autobusy zaczęły masowo wypadać z ruchu. Zawiodły baterie wodorowe i systemy ogrzewania, które – jak przyznał prezydent miasta – przy niskich temperaturach po prostu przestały działać. Dla pasażerów oznaczało to nic innego jak długie oczekiwanie na przystankach, brak informacji i realne konsekwencje w postaci spóźnień do pracy czy szkoły.
Prezydent Chełma Jakub Banaszek opublikował w mediach społecznościowych obszerne przeprosiny, podkreślając, że odpowiedzialności nie ponoszą kierowcy ani pracownicy Chełmskich Linii Autobusowych. Jak zaznaczył, wszystkie usterki zostały zgłoszone producentowi, a miasto i CLA występują o naliczenie kar umownych. Jednocześnie przypomniał, że autobusy objęte są wieloletnią gwarancją, a budowa nowej bazy technicznej ma w przyszłości ograniczyć skutki podobnych problemów.
Problem w tym, że – jak zgodnie zauważają mieszkańcy – od przeprosin się nie ogrzeją. Pod wpisem prezydenta szybko pojawiły się dziesiątki komentarzy mieszkańców, opisujących własne doświadczenia z ostatnich dni.
„Czekałam pół godziny na mrozie, żaden z trzech autobusów nie przyjechał. Zmarzłam i spóźniłam się do pracy” – to tylko jeden z wielu podobnych głosów. Inni wskazywali, że przy braku komunikacji miejskiej jedyną alternatywą były piesza wędrówka lub drogie taksówki, które zwietrzyły biznes podnosząc ceny nawet trzykrotnie.
Coraz częściej powracał też zarzut, że wycofanie całego starego taboru spalinowego było decyzją zbyt ryzykowną. Zdaniem wielu mieszkańców pozostawienie kilku autobusów z silnikiem Diesla jako rezerwy mogłoby dziś uratować sytuację na kluczowych liniach. W komentarzach pojawiały się też gorzkie oceny, że Chełm stał się „królikiem doświadczalnym” dla technologii, która wciąż jest w fazie rozwoju – nie tylko w Polsce, ale i w innych europejskich miastach.
Dodatkowe światło na sprawę rzucił radny Sebastian Bielecki, który ujawnił odpowiedź miasta na swoją interpelację dotyczącą awaryjności autobusów. Wynika z niej, że technologia wodorowa charakteryzuje się wysoką wrażliwością na skrajnie niskie temperatury, a Chełmskie Linie Autobusowe nie dysponują obecnie własnym zapleczem do wykonywania zaawansowanych napraw. W praktyce oznacza to, że niesprawne pojazdy muszą być transportowane lawetami do autoryzowanego serwisu producenta w Świdniku, co przy zimowych warunkach dodatkowo wydłuża ich wyłączenie z ruchu.
Jakby tego było mało, nowe przepisy homologacyjne z 2025 roku ograniczyły możliwość zdalnej diagnostyki pojazdów, co jeszcze bardziej komplikuje proces serwisowania.
– Kupiliśmy technologię, której kosztów utrzymania po zakończeniu okresu gwarancyjnego nikt dziś nie jest w stanie jednoznacznie oszacować – ocenia radny, wskazując na długofalowe ryzyka finansowe dla miasta.
Urząd Miasta Chełm przyznaje, że nie da się wskazać jednej dominującej przyczyny awarii – miały one charakter wieloczynnikowy i dotyczyły różnych podsystemów pojazdów. Magistrat podkreśla jednak, że planowane uruchomienie nowej zajezdni oraz stacji obsługi technicznej powinno znacząco poprawić sytuację w kolejnych sezonach zimowych.
Na razie jednak ekologiczna wizja zderzyła się z realnym życiem mieszkańców. W teorii – zeroemisyjna przyszłość. W praktyce – zmarznięci pasażerowie, odwołane kursy i pytanie, czy innowacja nie wyprzedziła rzeczywistych możliwości miasta. Jak ironicznie podsumowują pasażerowie: planeta może i zyska, ale pasażer musi dojechać – niezależnie od pogody i technologii.

















Komentarze