• Zagrałeś w Motorze Lublin 153 oficjalne mecze. A czy jest jakiś jeden, który szczególnie zapadł ci w pamięć?
– Było takich kilka. Pamiętam swój debiut w Motorze. Graliśmy ze Zniczem Pruszków, a ja nie mogłem zaliczyć tego występu do udanych, bo miałem swój udział przy dwóch straconych bramkach. Przegraliśmy wtedy 1:2. Inne spotkania? Na pewno półfinał baraży o awans do pierwszej ligi, później finał. W zasadzie każdy mecz barażowy pamiętam, bo wszystkie były niesamowite. Chociażby w drugiej lidze, przy czerwonej kartce i tak utrzymaliśmy wynik i wygraliśmy w karnych ze Stomilem Olsztyn. W pierwszej lidze też było kilka ciekawych zawodów. Najbardziej w pamięci utkwił mi wyjazd do Krakowa. Zaliczyłem wtedy z Wisłą dwie asysty, a my pierwszy raz od bardzo dawna wygraliśmy na ich stadionie. To było coś, co zapamiętam najdłużej. Także powrót do Lublina. Naszych kibiców nie było na stadionie, ale czekali na nas pod Areną, jak przyjechaliśmy do domu. To było coś niesamowitego. Wiadomo też, że wielkim przeżyciem był sam awans do PKO BP Ekstraklasy. Później debiut na tym najwyższym poziomie. No i miałem też mecz z Pogonią, w którym strzeliłem dwa gole. To było spełnienie marzeń. Sporo było spotkań, które bym wyróżnił, ale ten jeden najważniejszy, to chyba ta Wisła w Krakowie.
• Teraz trudniejsze pytanie o odejście z Motoru. Na jednej z konferencji prasowych trener Mateusz Stolarski powiedział, że postawiłeś go przed „faktem dokonanym”. Jak to z decyzją o podpisaniu kontraktu z Wisłą Płock było z twojej perspektywy?
– Pierwszy sygnał od prezesa Jakubasa, że dostanę nowy kontrakt pojawił się już po letnim obozie. Mój menedżer we wrześniu został zaproszony na spotkanie z dyrektorem Golańskim. Wtedy udało się wypracować jakieś ustalenia, dostałem informację, że w najbliższym czasie wszystko zostanie przelane na papier. Minął jednak tydzień, potem drugi, trzeci i kolejne. Mój agent wiele razy kontaktował się z dyrektorem sportowym i zawsze dostawałem wiadomość w stylu „ogarniemy temat”. Ostatecznie aż do grudnia żadnego odzewu jednak nie było. Mimo prób kontaktu ze strony mojego agenta. W końcu mój menedżer przekazał, że jak trafi się jakaś oferta w styczniu, to nie będę dłużej czekał, bo to wszystko trwa za długo i wygląda, jakby jednak klub nie chciał przedłużyć mojego kontraktu. Trener mówił całej drużynie, że zdaje sobie sprawę, jak wygląda sytuacja z umowami, że zrozumie, jeżeli ktoś podpisze w styczniu z innym klubem, bo mamy do tego prawo. To dało mi do zrozumienia, że jednak w klubie nie ma długofalowych planów, żebym w nim został. W styczniu poinformowałem trenera, że doszedłem do porozumienia z Wisłą Płock. To jednak nie było tak, że nie chciałem zostać w Motorze. Po pół roku czekania nie chciałem po prostu czekać jeszcze dłużej.
• Odchodzi Michał Król, odchodzą: Filip Wójcik oraz Arkadiusz Najemski, a to chyba oznacza koniec ery „Niezniszczalnych”...
– Tak naprawdę w zespole zostanie już tylko Filip Luberecki, który pamięta występy na drugoligowych boiskach. Niestety, już tych niezniszczalnych nie będzie. Szkoda, bo pamiętamy, ile serca w to wszystko włożyliśmy. Ile było tych wszystkich najróżniejszych okoliczności i to nie tylko na boisku. Każdemu piłkarzowi życzę, żeby chociaż przez moment w swojej karierze był w takiej drużynie, jaką my wtedy byliśmy. To, co zrobiliśmy z tą grupą ludzi, jakie mieliśmy relacje w szatni. Myślę, że te wszystkie wydarzenia nas scaliły i stąd się to wzięło, że trener Feio krzyknął po jednym z meczów, że jesteśmy niezniszczalni. My w to wierzyliśmy, bo potem pokazywaliśmy, że końcówki spotkań mieliśmy niesamowite. Zawsze potrafiliśmy przechylić szalę na naszą stronę. To przykre, że coś się kończy, ale też coś nowego się teraz zaczyna, takie jest życie.
• Uważasz, że „Niezniszczalni” poradziliby sobie w PKO BP Ekstraklasie?
– Pokazaliśmy to w pierwszym sezonie po awansie do ekstraklasy, że wielu niezniszczalnych świetnie sobie poradziło. Zawsze mówiło się, że to tylko zawodnicy pierwszoligowi. My jednak tą naszą zespołowością, wiarą w drużynę i kolektywem, pokazaliśmy, że naprawdę możemy robić fajne rzeczy, nawet na tym najwyższym poziomie. I uważam, że tak, dalibyśmy nadal radę. To jednak tylko gdybanie.
• Od zawsze mówiłeś, że jesteś kibicem Motoru, od jakiegoś czasu byłeś też jedynym zawodnikiem z województwa lubelskiego w drużynie. Czy z tych powodów nie było jeszcze trudniej zdecydować się na odejście?
– Na pewno było. Utożsamiam się z tym klubem, z tymi ludźmi, z kibicami i z regionem też. Nie była to łatwa decyzja. Po prostu zobaczyłem jednak, że pewne rzeczy można załatwić bardzo szybko. Nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że jestem zły na Motor lub że mam o coś żal. Tak nie jest. Bardzo doceniam drogę, jaką przeszliśmy razem i zawsze będę wszystko wspominał bardzo dobrze. Taka jest po prostu piłka. Zawodnicy się zmieniają, jedni przychodzą, inni odchodzą.
• A pamiętasz swój pierwszy mecz Motoru w roli kibica?
– Chyba nie, ale wiem, że byłem na otwarcie Areny i na derbach Motor – Lublinianka, jeżeli się nie mylę. Wcześniej byłem też w Piłkarskich Nadziejach Motoru i podawałem piłki. Jeszcze na stadionie przy Al. Zygmuntowskich, kiedy w Motorze grał Rafał Król. Później, jak zawsze byliśmy razem w pokoju, to mu o tym przypominałem: że kiedyś podawałem mu piłki, a teraz jesteśmy w jednej drużynie. Jestem z Bychawy, więc Motor zawsze się gdzieś tam przewijał, zawsze był na tapecie. Jak już mówiłem, dalej utożsamiam się z tym klubem.
• Muszę jeszcze zapytać o historię, kto wymyślił Michała Króla na prawym skrzydle, a nie na prawej obronie. Tak naprawdę od tego zaczęła się twoja prawdziwa kariera...
– To była zima, jeszcze za czasów drugoligowych. Pamiętam, że wtedy liga się kończyła wcześniej ze względu na mistrzostwa świata w Katarze. Mieliśmy dwa tygodnie wolnego jako drużyna. Ja poszedłem wtedy do trenera Stolarskiego i zapytałem czy byłaby taka możliwość, żebym miał dodatkowe zajęcia. Nie grałem dużo, a czułem, że to jedyna możliwość, żeby stać się lepszym zawodnikiem i jeszcze o coś powalczyć w Motorze. Przez kilka dni miałem indywidualne treningi z trenerem Stolarskim, a potem z trenerem Feio. Wtedy poczułem się naprawdę doceniony, że ktoś może jednak widzi we mnie jakiś potencjał, skoro dwóch pierwszych trenerów poświęca mi swój czas, kiedy tak naprawdę jest wolne. Wiadomo, że jak to w takich historiach, było też trochę szczęścia. Prawych obrońców w drużynie było trzech, ale jeden skrzydłowy doznał kontuzji w okresie przygotowawczym. Wtedy trener Feio powiedział, że spróbujemy na skrzydle. Trener Stolarski wierzył, że to może się udać. Szczerze mówiąc, ja sam nie do końca wierzyłem. Raczej myślałem, że to taka sytuacja awaryjna. Zabrakło skrzydłowego, zagram tam i tyle. A złożyło się tak, że w pierwszym sparingu z Resovią dałem dwie asysty. I to był przełomowy moment.
• To jeszcze dwa słowa na temat ostatniego sezonu. Czy w pewnym momencie na poważnie baliście się o utrzymanie?
– Sezon był mocno szarpany, pierwsza runda uważam, że wiele spotkań, które powinniśmy wygrać – tylko remisowaliśmy, to bardzo zamazało obraz, jeżeli chodzi o punkty. Druga runda była fajna. Mieliśmy długą serię meczów bez porażki, nie było też przeświadczenia ze spadniemy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że po meczu z Lechem, ten kolejny, czyli akurat w Płocku będzie bardzo, bardzo istotny w kontekście walki o utrzymanie. Nikt nie chciał się bić do końca. Tym bardziej wiedząc, jak ta liga wygląda. Była przecież niesamowicie wyrównania, a my nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, w której coś nie zależałoby już tylko od nas. W Płocku świetnie było to widać. Powiedzieliśmy sobie, że nie ważne co było wczoraj – liczy się tylko ten mecz z Wisłą. Każdy dał z siebie 100 procent. Ta drużyna w trudnych momentach zawsze potrafiła się jednak zmobilizować.
• To teraz zapytam z drugiej strony. Czy po tej serii siedmiu meczów z rzędu bez porażki liczyliście na awans do europejskich pucharów?
– Ciężko mi sobie przypomnieć, raczej nie było wielkiego optymizmu czy myślenia, że będziemy w pucharach. Zdawaliśmy sobie sprawę, jak wygląda sytuacja w tabeli, ale zawsze podchodziliśmy do tego w ten sposób, że liczy się tylko najbliższy mecz, żeby wygrać, zapunktować. Wiedzieliśmy, że tylko taka droga może przynieść efekty. Po tej dobrej serii przyszedł jednak gorszy moment i narracja szybko się zmieniła. Nagle walczyliśmy już o utrzymanie, a nie puchary.
• Założysz jeszcze kiedyś koszulkę Motoru?
– Nie wykluczam takiej sytuacji, życie pisze różne scenariusze. Jeżeli pojawi się taka okazja, to na pewno bardzo mocno to rozważę.
• To jeszcze powiedz dlaczego zdecydowałeś się przyjąć ofertę Wisły Płock?
– Po prostu gdy klub dowiedział się, że jestem do wzięcia od stycznia, to był bardzo konkretny i zdecydowany. Działali bardzo szybko, a do tego czułem, że naprawdę mnie chcieli. To pokazało, że te negocjacje kontraktowe nie muszą być takie długie, poparte stresem, tylko, że można wszystko załatwić. To sprawiło, że poczułem się bardzo doceniony.
• Tak samo chyba było po oficjalnej prezentacji? Wiedziałeś wcześniej, jak to będzie wyglądało?
– Dostałem teledysk, bardziej zamysł, co robimy. Nie spodziewałem się jednak, że wyjdzie tak fajnie. To zrobiło nam mnie naprawdę duże wrażenie i było bardzo miłe.

Komentarze