Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Staniki na bieżni, majtki na trybunach. Lublin handlował, jak umiał

Na początku lat 90. Lublin zamienił się w wielki bazar. Handlowano z masek samochodów, łóżek polowych, stadionowych trybun i bagażników. Było chaotycznie, biednie, sprytnie, czasem śmiesznie. Ale dla wielu były to pierwsze lekcje kapitalizmu.
Staniki na bieżni, majtki na trybunach. Lublin handlował, jak umiał

Autor: Jacek Mirosław/archiwum

Na masce poloneza leżał cukier. Obok, na łóżku polowym, ktoś rozłożył skarpety, chińskie długopisy, tanią bieliznę i paczki gum do żucia Turbo. Tak wyglądało kilkadziesiąt lat temu wiele ulic w Lublinie. Krakowskie Przedmieście, 1 Maja, okolice supermarketów, a nawet osiedlowe uliczki przez długi czas zamieniły się w duże, gwarne bazary. Handlowano wszystkim. Z Wiednia, z Białegostoku, z Rembertowa, z bazaru Różyckiego, z hurtowni, z cukrowni, z rozlewni, czasem nie wiadomo skąd. Jedni jechali żukiem po czekoladę, inni ładowali do bagażnika cukier. 

Tona cukru w maluchu

Andrzej Gorczewski z Lublina był jednym z tych, którzy w tamtym czasie spróbowali handlu. Przez kilka lat zajmował się handlem obwoźnym. –Na początku lat 90. wszyscy rzucili się do handlowania – mówi. – Były towary sezonowe, które schodziły na pniu. Pamiętam, że nieźle można było zarobić m.in. na maśle i cukrze.

Cukier wtedy był towarem, który zawsze znajdował kupca. Kiedyś pan Andrzej ze znajomymi kupili tonę cukru w lubelskiej cukrowni przy Krochmalnej. Z fakturą poszli do magazynu. – Niech pan podjeżdża wozem na rampę – usłyszeli od magazyniera, który miał na myśli pojemny samochód dostawczy. Tymczasem po cukier podjechały polonez, wartburg i maluch.

– Najbardziej pakowny był wartburg – wspomina pan Andrzej. – Cała tona zeszła w dwa dni.

Ceny były niższe niż w sklepach; państwowy handel, przyzwyczajony do monopolu, nagle zobaczył konkurencję tuż pod nosem. Zdarzało się, że ze sklepu wychodziła kierowniczka i przepędzała handlarzy. Ten odjeżdżał kawałek dalej albo wracał za chwilę. Przez jakiś czas chodliwym towarem było także masło. Sprzedawane prosto z samochodu kosztowało o wiele taniej niż w sklepie. 

Ulica, która miała dziesięć sklepów

Z czasem niektórzy poszli dalej. Z handlu ulicznego robił się handel obwoźny, a z handlu obwoźnego – mała hurtownia na kółkach. Rano pakowało się samochód i jechało w trasę.

Pan Andrzej często jeździł w kierunku Zamościa. Zapamiętał jedną osiedlową uliczkę wśród domków jednorodzinnych. Dziś trudno byłoby w to uwierzyć, ale mieściło się tam dziesięć sklepów. Nie w pawilonach, nie w galeriach, nie przy głównej arterii. W prywatnych domach. Ktoś przerobił pokój, ktoś garaż, ktoś część parteru. Handel wchodził wtedy wszędzie, gdzie tylko dało się postawić ladę.

Sklepy konkurowały cenami, czasem do granic absurdu. – Niektórzy tak chcieli dopiec konkurencji, że sprzedawali niektóre artykuły poniżej ceny zakupu – wspomina pan Andrzej.

To były złote czasy dla handlarzy. Tymczasem rynek uczył pokory. Raz zarabiało się świetnie na cukrze, innym razem zostawało się z towarem, który nagle przestawał być modny albo potrzebny. – Być może i ja bym się dorobił, ale coś mnie podkusiło, żeby zaryzykować, i wziąłem kredyt. Jak nastał Balcerowicz, to oprocentowanie kredytów podskoczyło do 80 procent w skali roku. Robiłem tylko na odsetki i w końcu splajtowałem. Zostałem z paletą przeterminowanych chipsów i gumami do żucia Turbo.

Szczęki, czyli mała twierdza kapitalizmu

Dla ulicznych sprzedawców zawodowym awansem były tzw. szczęki. Metalowa konstrukcja małego kiosku, którą wieczorem można było zamknąć jak sejf, a rano otworzyć i znów sprzedawać. Nie trzeba było codziennie rozkładać wszystkiego od zera. Rano wystarczyło przyjść, otworzyć, wysunąć ścianę i handel ruszał.

Prawdziwym królestwem handlu były jednak stadiony. W Lublinie oblężenie przeżywał stadion Sygnału przy ul. Zemborzyckiej oraz stadion przy al. Piłsudskiego. Bieżnie, trybuny i korony stadionów wypełniły się towarem. Na stadion szło się całą rodziną. Nie tylko po zakupy. Także popatrzeć, posłuchać, zjeść kiełbaskę z grilla, wypić kawę, spotkać znajomych, zobaczyć, co nowego „rzucili”.

Na stadionach można było kupić niemal wszystko: pirackie kasety i płyty, używany sprzęt RTV, ubrania, bieliznę, włóczkę, zabawki, zegarki elektroniczne, kalkulatory, długopisy, kosmetyki, narzędzia, a czasem rzeczy tak dziwne, że trudno było zgadnąć, do czego służą. Przed komuniami prawdziwym hitem były małe zestawy: kalkulator z długopisem albo elektroniczny zegarek. Im więcej miał melodyjek, tym był bardziej elegancki.

Dobrze sprzedawała się włóczka. Dziś brzmi to skromnie, ale przez kilka lat był to bardzo chodliwy towar, zwłaszcza na wiejskich jarmarkach. W czasach, gdy wiele osób nadal robiło swetry, czapki i szaliki samodzielnie, kolorowa włóczka przywieziona z Wiednia potrafiła być małym luksusem.

Przymierzanie spodni odbywało się często tuż obok stoiska, bez przymierzalni, zasłonek i udawanej elegancji. Nikogo specjalnie nie gorszył widok klienta, który na oczach tłumu sprawdzał, czy dżinsy pasują w pasie.

Mięso z bagażnika i czekolada z Białegostoku

W tamtym krajobrazie pojawiali się też rolnicy sprzedający mięso wprost z bagażników. Często w zabrudzonych, pokrwawionych, ale przypominających białe fartuchach. Porządek musiał być. Dziś podobny widok natychmiast ściągnąłby Sanepid, Straż Miejską i lawinę komentarzy w internecie.

Zdarzały się też „złote” interesy. Pan Adam z Lublina miał w latach 90. swój własny interes – wysłużonego żuka i miejsce na targu pod Zamkiem. Żuk nie jeździł. Służył jako magazyn i sklep równocześnie. Po towar jeździł starym mercedesem.

– Czasami ruszałem zupełnie w ciemno w Polskę – mówi. – Zawsze coś atrakcyjnego się znalazło. Kiedyś usłyszałem, że dużo taniego towaru jest w hurtowniach w Białymstoku. Pojechałem tam w nocy i rzeczywiście w jednej z hurtowni znalazłem nadziewaną czekoladę w dobrej cenie. Wziąłem na próbę kilkadziesiąt zbiorczych kartonów i następnego dnia wieczorem musiałem zrobić kolejny kurs po następny towar. Wszystko sprzedałem, zarabiając na tej czekoladzie nawet 50 procent. Innym razem gdzieś na Śląsku upolowałem paletę przeterminowanych napojów w puszce. Wszystko sprzedałem jednej nocy na targu przy Unii Lubelskiej. Kilka osób jedynie zwróciło uwagę, że te puszki są po terminie, ale i tak wzięli. Każdy zarobił. 

Przez kilka lat Polacy nauczyli się zasad wolnego rynku. Szybciej niż państwowy handel. Państwowe sklepy wciąż były jedną nogą jeszcze w poprzedniej epoce. Handlarz, jeśli w Lublinie brakowało pepsi, jechał do Krakowa albo Białegostoku, kupował ciężarówkę napoju w rozlewni i sprzedawał z zyskiem. Jeśli ludzie chcieli czekolady, wsiadał nocą do auta. Jeśli modne były tureckie swetry, przywoził swetry. Jeśli komunia zbliżała się wielkimi krokami, załatwiał zegarki i kalkulatory. Kto zbyt długo się zastanawiał, zostawał w tyle. Kto zaryzykował za bardzo, mógł stracić wszystko.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama