Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Wschodnia 17: oaza spokoju w środku miasta

Ulica Wschodnia. Lubelskie śródmieście. Moje korzenie wciąż tam tkwią, a serce bije szybciej, kiedy odwiedzam mamę, mieszkającą tam po dziś dzień. Kamienica nr 17 gdzie mieszkałem od urodzenia, była oddana do użytku przed rokiem 1950, wbrew temu co można znaleźć w internecie. Wiem to od mamy, która zamieszkała tam jako dziecko i stamtąd chodziła do Szkoły Podstawowej na ulicę Lipową – opowiada Jarosław Baranowski.
Wschodnia 17: oaza spokoju w środku miasta

Autor: Fot. www.lubus.info

Dziedziniec przyległy do budynku okalał mur z szarych cegieł (wciąż tam stoi), tworząc swoistą fortyfikację, dzięki czemu podwórze było tylko dla mieszkańców, a nie przypadkowych przechodniów. To dawało pewność, że zdejmie się tyle ubrań, ile się powiesiło na sznurku. Bo chociaż było cieniście, mieszkańcy parteru i sutereny skrzętnie korzystali z naturalnej suszarni. 

Gotowanie na fajerkach

Nasze mieszkanie miało dwa równe, 18-metrowe pokoje, z których jeden wolą architektów był przechodni. Strażnikiem jako takiej intymności w tzw. pierwszym pokoju, była kotara zwisająca na żabkach z rury wyprofilowanej w łuk. O ile chroniła śpiących tam domowników przed zaglądaniem, o tyle odgłosy życia dało się słyszeć. W ciągu dnia „kurtyna” była zazwyczaj odsłonięta, choć był czas, że mieszkali tam moi dziadkowie, rodzice i ja. Dość ludnie i wielopokoleniowo. 

Kuchnię, jakżeby inaczej, wyposażono w piec kaflowy z fajerkami, na których się gotowało. Luksusem była dwupalnikowa kuchenka gazowa jako alternatywa, by nie musieć stale rozpalać ognia. Niestety, dawniej gaz używany w domach był tzw. gazem miejskim (koksowniczym), a nie oczyszczonym ziemnym. Wszystko więc było osmolone. A do tego pod nami w kotłowni do pieca dorzucał palacz, który zimą dzięki sile swych ramion zapewniał nam ciepło. Nikt w tamtych czasach nie zastanawiał się nad smogiem.

Skryjda na drzewie

Ulica Wschodnia, w czasach moich mlecznych zębów - poza oczywiście centrum dziecięcych zabaw, nie była wyjątkowa w żadnym względzie. Swego czasu mieściło się tam przedszkole, które dzielnie ukończyłem, a że amatorem poobiednich drzemek nigdy nie byłem, więc i przedszkolanki musiały mieć na mnie oko. Później, zanim placówkę oświaty rozebrano pod budowę nowego bloku nr 6, naprawiano tam sprzęt gospodarstwa domowego. Pośrodku przedszkolnego sadku rosła jabłoń, która przez krótki czas stała się fundamentem pod nasz szczenięcy domek na drzewie. Wtedy każde dziecko marzyło o takiej „skryjdzie”. Dziś pęd proekologiczny uśmierca takie marzenia w każdej małej głowie. Wówczas jakiś protoplasta ekologii także stłumił nasz szczebiot, goniąc nas na cztery wiatry. Po nadrzewnej kwaterze zostało tylko wspomnienie.

Tylko kilometr od Bramy Krakowskiej 

W dolnej części mojej ulicy, gdy byłem kilkulatkiem, stały chaty kryte już co prawda papą, nie strzechą, jednak wokół roztaczał się iście wiejski koloryt. Wielodzietne rodziny gnieździły się tam często w jednej izbie. Można było uświadczyć okazy domowego inwentarza: ptactwo domowe, świnkę, czy konia, należącego do lubelskiego dorożkarza, Jana Nakoniecznego. W miejscu obecnie stojącego budynku przy Wschodniej 19 (wtedy Przy Krzyżu), stała parterowa chata dla czterech rodzin, zbudowana z opoki. Przylegała do niej mała ceglana fabryczka należąca do przedsiębiorcy i właściciela kilku nieruchomości, zarówno na Przy Krzyżu jak i sąsiedniej Dolnej Panny Marii, Jana Sambora. Wykuwano tam armaturę oraz odlewano wytwory z brązu. Fabryczkę znam tylko z opowieści. 

Przy Krzyżu

Do 1953 r. ten zakątek lubelskiego śródmieścia nosił nazwę ulicy Przy Krzyżu. Odkąd pamiętam u zbiegu z ulicą Narutowicza stał wysoki, drewniany krzyż z zawsze ukwieconym obejściem. Stale smagany deszczem i wiatrem, a zimą skuwany mrozem – mimo, że w miarę systematycznie odmalowywany – zawsze zdawał się być starym, łuszczącym się symbolem religijnym na rozstaju dróg. 

W czasach głębokiego PRL-u Wschodnia uchodziła za spokojną ulicę. A to, że była i nadal jest ślepa, dodawało jej osobliwej kameralności. Jedynym łącznikiem z Dolną Panny Marii były schody, przez całe długie dekady będące w fatalnym stanie. Niejeden stał się ofiarą architektonicznej tandety i niedbalstwa. Dziś są w nieco lepszej kondycji. 

Zapewne swej „zaułkowości” okolica zawdzięczała względny ład i bezpieczeństwo. Nie dochodziło do ulicznych grabieży, czego nie można już było powiedzieć o Narutowicza na wysokości Domu Dziecka - kilkaset metrów dalej, przy niegdysiejszej Szkole Podstawowej nr 13 (obecnie Szkoła Muzyczna). Choć ryzyko trafienia na grupki młodocianych rabusiów, nie było tak duże jak na Zamojskiej, 1 Maja czy Lubartowskiej – jednak istniało. Na szczęście nie na Wschodniej. 

Wspinaczka na wieżowiec

W pobliżu zabudowań mieszkalnych w późnych latach 70. XX w. straszyły widokiem rozpadające się komórki. Szkaradne, najeżone gwoździami i drzazgami bywały miejscem eksploracji jak i centrum zabaw w chowanego. Niszczały tak aż do czasu gdy wjechały buldożery by wyrównać teren pod wieżowiec przy ulicy Środkowej 13 – dokładnie przed moim oknem. 

Ów wieżowiec stał się niegdyś miejscem niebezpiecznej zabawy. Były moje dziesiąte urodziny, 1979 rok. Konstrukcja budynku w stanie surowym stała już po dach, lecz klatki schodowe, które nie miały w projekcie murowanych ścian, były gołymi schodami bez poręczy i szyb. Przepaść. To właśnie na tę wieżę postanowiliśmy się gremialnie wspiąć. Niczym niezabezpieczeni, narażeni na większy podmuch wiatru, bez refleksji, że runąć w otchłań niebytu to tylko chwila nieuwagi – podążaliśmy ku górze. Byliśmy już na wysokości ósmego piętra, gdy dostrzegł nas z dołu stróż pilnujący obejścia. Gdy dozorca ryknął tubalnie, rzuciliśmy się do ucieczki, nie znając konsekwencji czynu. Zbiegaliśmy tak szybko, że na dole aż kręciło nam się w głowach. Cieć nikogo nie schwytał, a my pełni wrażeń, szczęśliwie w całości wróciliśmy na Wschodnią 17.

Wschodnia wiedziała o meczu

Opisany wieżowiec jako już zaludniony był swego rodzaju obserwatorium, ponieważ ok. 600. metrów w linii prostej w kierunki Majdanka znajdował się stadion miejski. Tam zresztą i obecnie ścigają się żużlowcy, a dawniej grywali także piłkarze Motoru. Blaszanego przepierzenia od strony lekkoatletycznego stadionu Startu nie było, wiec z lornetką cokolwiek dało się dostrzec. 

Póki nie zaczęliśmy chodzić na stadion, żeby z bliska podziwiać zmagania zawodników, nasze sportowe zamiłowania były zaspokajane na odległość. Ryk silników i eksplozja radości po golu dla naszych były tak donośne, że cała Wschodnia wiedziała o meczu. 

Brakowało tylko tego niepowtarzalnego zapachu, który można poczuć wyłącznie na żużlowej arenie. O tym jednak dowiedzieliśmy się później. 

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Fot. www.lubus.info

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama