Mateusz Stolarski zapisał się także na czele innej klubowej listy rekordów. Jako jedyny przebrnął przez dwa pełne sezony w ekstraklasie. Tym samym wyprzedził słynnego Bronisława Waligórę, któremu do dwóch pełnych sezonów na najwyższym szczeblu zabrakło zaledwie trzech spotkań w rozgrywkach 1981/82.
To również był rok mundialowy, z tą różnicą, że dziś Polacy za oceanem nie grają, a wtedy sięgnęli po trzecie miejsce na świecie pod wodzą Antoniego Piechniczka. Przed wyjazdem na hiszpański mundial zdecydowaną większość późniejszych medalistów można było oglądać w meczach przeciwko Motorowi. Lublinianie nieraz grali z nimi jak równy z równym.
Taka jest różnica między tamtą a obecną ekstraklasą. Dziś na mundialu 2026 polską ligę reprezentuje pięciu zawodników: Bośniak, Nowozelandczyk, dwóch Irakijczyków oraz reprezentant Demokratycznej Republiki Konga.
Wracamy jednak do historii Motoru. Podobnie jak Waligórze, trzech meczów do dwóch pełnych sezonów zabrakło także Grzegorzowi Bakalarczykowi w rozgrywkach 1991/92, kiedy Motor – podobnie jak za czasów Waligóry – spadał z najwyższej klasy rozgrywkowej. Jak się później okazało, na całe dekady.
Stolarski może pochwalić się również największą liczbą ligowych zwycięstw. W dwóch sezonach jego drużyny wygrały 24 spotkania. Za Waligóry było ich 16, a za Bakalarczyka – 18.
Przed Mateuszem Stolarskim Motor w ekstraklasie prowadziło dziewięciu szkoleniowców. Trzech z nich występowało w roli strażaków rzucanych do akcji w sytuacjach bez wyjścia. Poniższe dane pokazują bilans wszystkich trenerów.
Trudno jednak porównywać ich wyłącznie przez pryzmat punktów. Przez wiele sezonów obowiązywał system 2-1-0, obecnie funkcjonuje 3-1-0, a był też okres, gdy przy punktacji 2-1-0 przyznawano dodatkowy punkt za zwycięstwo różnicą co najmniej trzech bramek i odbierano punkt za porażkę taką samą różnicą.
EKSTRAKLASOWY BILANS TRENERÓW MOTORU
MATEUSZ STOLARSKI
68 MECZÓW • (24-20-24) • 92 PKT • BRAMKI 94-102
GRZEGORZ BAKALARCZYK
61 MECZÓW • (18-19-24) • 55 PKT • BRAMKI 61-73
JAN ZŁOMAŃCZUK
60 MECZÓW • (14-19-27) • 47 PKT (-7) • BRAMKI 56-97
BRONISŁAW WALIGÓRA
57 MECZÓW • (16-14-27) • 46 PKT • BRAMKI 67-86
LESŁAW ĆMIKIEWICZ
52 MECZE • (13-20-19) • 46 PKT • BRAMKI 40-51
JANUSZ GAŁEK
15 MECZÓW • (3-7-5) • 13 PKT (-3) • BRAMKI 7-17
PAWEŁ KOWALSKI
15 MECZÓW • (3-6-6) • 12 PKT (-1) • BRAMKI 11-18
ZBIGNIEW BARTNIK
8 MECZÓW • (2-5-1) • 9 PKT (-1) • BRAMKI 9-9
WALDEMAR WIATER
3 MECZE • (1-1-1) • 3 PKT • BRAMKI 5-5
TADEUSZ KAMIŃSKI
3 MECZE • (0-1-2) • 1 PKT • BRAMKI 3-6
HISTORYCZNY WALIGÓRA
Spośród szkoleniowców wymienionych w zestawieniu – poza Mateuszem Stolarskim – trzech miało okazję świętować awans do ekstraklasy. Pierwszym, najbardziej pamiętnym dla starszego pokolenia kibiców, był Bronisław Waligóra.
Po sensacyjnym przejściu z Widzewa Łódź – który pod jego wodzą zajmował na półmetku sezonu trzecie miejsce w ekstraklasie – do Motoru, w rundzie wiosennej sezonu 1978/79 analizował potencjał kadry i sytuację organizacyjną klubu. Rok później, po kilku korektach personalnych, przypuścił skuteczny atak na awans.
W pierwszym ekstraklasowym sezonie Motor radził sobie dobrze, a przez blisko jedną trzecią rozgrywek wręcz znakomicie. W kolejnej edycji, rozgrywanej w realiach stanu wojennego, mocno ograniczającego wszelką działalność, utrzymanie okazało się zadaniem ponad siły zespołu.
Na trzy kolejki przed końcem sezonu klub poinformował o wspólnej decyzji dotyczącej urlopowania trenera. Jego obowiązki przejął jeden z asystentów, a zarazem kierownik drużyny, Tadeusz Kamiński. W sztabie szkoleniowym znajdował się wówczas jeszcze Mirosław Tucewicz, odpowiedzialny za przygotowanie motoryczne, natomiast za rehabilitację zawodników odpowiadał Ryszard Sowiński.
Mimo spadku Waligóra pozostaje jedną z najważniejszych postaci w historii Motoru. Spędził w klubie niemal trzy i pół sezonu, tworząc fundamenty zespołu o uzasadnionych ambicjach. Minusów zapewne nie brakowało, ale – parafrazując klasyka – nie przysłoniły one plusów. Zdecydowanie.

Bronisław Waligóra
Fot. Archiwum
NIESPODZIEWANY ĆMIKIEWICZ
Przygotowania do drugoligowych rozgrywek Motor rozpoczął pod wodzą Lesława Ćmikiewicza – znakomitego byłego reprezentanta Polski, ale trenerskiego debiutanta. Wcześniej pełnił jedynie funkcję asystenta swojego wielkiego mentora, Kazimierza Górskiego, w Legii Warszawa.
W Lublinie postawiono na ryzyko i okazało się ono trafione, choć początek rozgrywek był mocno irytujący. Młody szkoleniowiec szybko znalazł wspólny język z zespołem. Na boisku nadal potrafił więcej niż niejeden zawodnik, dlatego kwestie autorytetu nie stanowiły problemu.
Awans przyszedł w fantastycznych okolicznościach. Symbolem tamtego sezonu pozostaje zwycięstwo 4:0 nad Resovią w praktycznie decydującym meczu. Po dwa gole zdobyli wówczas nieżyjący już Andrzej Pop i Mirosław Car, a spotkanie oglądały dziesiątki tysięcy kibiców.
Po powrocie do ekstraklasy wymagania wzrosły, ale dzięki kilku trafionym ruchom kadrowym – przede wszystkim pozyskaniu Leszka Iwanickiego z Legii Warszawa – Motor prezentował futbol, który dawał kibicom wiele powodów do satysfakcji. Sezon 1983/84 zakończył w środku tabeli, osiągając niemal 50-procentową skuteczność punktowania.
W kolejnych rozgrywkach, po 22 kolejkach, napięcie na linii trener – zarząd osiągnęło poziom uniemożliwiający dalszą współpracę. Paradoksalnie relacje szkoleniowca z piłkarzami pozostawały bardzo dobre. Mimo to zapadła decyzja o zmianie, a miejsce Ćmikiewicza zajął Jan Złomańczuk.

Lesław Ćmikiewicz
Fot. Archiwum
HUŚTAWKA ZŁOMAŃCZUKA
Jan Złomańczuk skutecznie dokończył rozpoczętą wcześniej pracę. Motor utrzymał się w ekstraklasie, a szkoleniowiec potwierdził swoją renomę, wypracowaną wcześniej między innymi w AZS AWF Biała Podlaska, Gliniku Gorlice i Igloopolu Dębica.
Kończąc dzieło Ćmikiewicza, Złomańczuk wraz ze swoim sztabem wygrał cztery mecze, dwa zremisował i dwa przegrał. Najważniejsze jednak było utrzymanie.
Z czasem pojawiły się jednak problemy, przede wszystkim w relacjach z zawodnikami. W sezonie 1985/86 osłabiona i budowana w sposób daleki od ideału kadra z ogromnym trudem obroniła ligowy byt. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Motorowi pomogło to, iż w Sosnowcu działo się jeszcze gorzej, a na Wybrzeżu Lechia Gdańsk i Bałtyk Gdynia toczyły walkę, w której ktoś musiał okazać się słabszy. Padło na Bałtyk.
Dość powiedzieć, że Motor wygrał wówczas zaledwie sześć z trzydziestu spotkań.
Mimo to Złomańczuk zachował stanowisko. Dzięki temu do dziś pozostaje jedynym szkoleniowcem Motoru pracującym w trzech ekstraklasowych sezonach. Ostatni z nich był jednak niepełny, podobnie jak pierwszy.
Po 22 kolejkach jego przygoda z klubem dobiegła końca. Podczas meczu z Lechią Gdańsk (0:4) trener zgłosił problemy z sercem. W kolejnym spotkaniu, przeciwko Lechowi Poznań, zespół prowadził już dotychczasowy asystent Zbigniew Bartnik.
SZANSA BARTNIKA
Od Zbigniewa Bartnika nikt nie oczekiwał cudów. Miał spokojnie dokończyć sezon, a sposób, w jaki wywiąże się z tego zadania, mógł zadecydować o jego dalszej przyszłości przy Al. Zygmuntowskich.
I rzeczywiście zadecydował.
Wprawdzie nie było wielkich fajerwerków, ale zwycięstwo 2:0 z Lechem Poznań na inaugurację zrobiło wrażenie. Podobnie jak wygrana w Zabrzu z Górnikiem, który miał już w kieszeni mistrzostwo Polski.
Generalnie jednak nie było ani wyraźnie lepiej, ani gorzej. Trudno było oczekiwać czegoś więcej.
Bartnik otrzymał następnie zadanie odbudowy zespołu na zapleczu ekstraklasy. Po kilku miesiącach uznano jednak, że nie jest to rozwiązanie na dłuższą metę. Sam szkoleniowiec po latach doszedł do podobnego wniosku i postawił na działalność organizacyjną.
W tej roli odnosił znacznie większe sukcesy. Przez 13 lat pełnił funkcję prezesa Lubelskiego Związku Piłki Nożnej, stając się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci regionalnego futbolu.
BARAŻOWY KOWALSKI
Przy Al. Zygmuntowskich zameldował się Paweł Kowalski. Szkoleniowiec z uznanym nazwiskiem, ekstraklasową przeszłością i reprezentacyjnym epizodem w roli piłkarza. W trenerskim dorobku miał już między innymi pracę w Widzewie Łódź, z którym sięgnął po wicemistrzostwo Polski.
Sytuację w Motorze opanował jednak dopiero w drugim sezonie swojej pracy. Nieco pomogło mu szczęście, a konkretnie zmiana regulaminu rozgrywek pod koniec sezonu 1988/89. Kolejna burza w PZPN przyniosła rozwiązanie wyjątkowo korzystne dla lublinian. Postanowiono bowiem, że szansę na awans otrzymają również wicemistrzowie obu grup II ligi.
Motor zajął właśnie drugie miejsce, dzięki czemu stanął przed szansą gry w barażach z ekstraklasową Pogonią Szczecin. W dwumeczu okazał się lepszy i po raz trzeci w historii wywalczył awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Kowalski dołączył tym samym do Bronisława Waligóry i Lesława Ćmikiewicza jako trzeci trener, który wprowadził Motor do ekstraklasy.
Na najwyższym szczeblu długo jednak nie popracował. Już po rundzie jesiennej pożegnał się ze stanowiskiem. Trudno było znaleźć argumenty przemawiające za jego pozostaniem. Trzy porażki skutkujące utratą dodatkowego punktu i zaledwie trzy zwycięstwa nie mogły stanowić mocnej obrony szkoleniowca.
GAŁEK REALISTA
Zimą drużynę przejął Janusz Gałek. Dokładnie przyjrzał się sytuacji i w rundzie rewanżowej osiągnął tylko nieznacznie lepszy bilans od swojego poprzednika. Pomogło przede wszystkim to, że jego zespół tylko raz zakończył spotkanie z ujemnym dorobkiem punktowym – po porażce 0:3 w Mielcu, kiedy Motor miał już zapewnione utrzymanie.
Lublinianom sprzyjały również wydarzenia na innych stadionach. Widzew Łódź przeżywał głęboki kryzys, a jeszcze większe problemy miała Jagiellonia Białystok. Dzięki temu Motor zdołał zachować ligowy byt.
Po zakończeniu sezonu trener podsumował sytuację na łamach „Dziennika Lubelskiego” w rozmowie z red. Andrzejem Wawrzyckim (4 czerwca 1990 r.):
– Jeśli chodzi o moją osobę, to swoje pozostanie uzależniam od wzmocnienia drużyny. Zespół w aktualnym składzie to dla trenera perspektywa wielomiesięcznej mordęgi, bez jakichkolwiek perspektyw czy gwarancji utrzymania się w lidze. Jako lublinianin nie mogę sobie pozwolić, by za rok jakiś rozżalony kibic napluł mi pod nogi, bo spuściłem Motor do drugiej ligi.
– Przedstawiłem zarządowi niewielką listę potrzeb. Są na niej m.in. bramkarz Konrad Paciorkowski z Olimpii Poznań, napastnik Stali Rzeszów Janusz Czyrek, grający w Stali Stalowa Wola lublinianin Tomasz Jasina oraz kilku piłkarzy z niższych klas rozgrywkowych.
Z planowanych wzmocnień niewiele jednak wyszło. Gałek do Motoru wrócił jeszcze po latach, ale już do zespołu występującego w II lidze i zmierzającego niestety w przeciwnym kierunku niż ekstraklasa.
RYZYKANT BAKALARCZYK
Przygotowania do sezonu rozpoczął z Motorem Grzegorz Bakalarczyk. Był postacią dobrze znaną w regionie. Wcześniej prowadził między innymi Hetmana Zamość i Górnika Łęczna. Pracę w ekstraklasie potraktował jako największe wyzwanie swojej kariery, choć doskonale zdawał sobie sprawę z ryzyka. I z „mordęgi”, o której mówił jego poprzednik.
Zaryzykował i wygrał.
Motor niespodziewanie zakończył sezon na 10. miejscu, zdobywając 28 punktów. Wynik był tym cenniejszy, że osiągnięto go bez większości oczekiwanych wzmocnień. Do zespołu trafił jedynie Mieczysław Pisz, wychowanek Wisłoki Dębica, który po trzech latach spędzonych w Legii Warszawa szukał regularnej gry.
Zimą dołączył także Siergiej Michajłow. Rosjanin początkowo nie odgrywał znaczącej roli, ale pod koniec sezonu wywalczył miejsce w podstawowym składzie i utrzymał je na długie lata. Sam również związał swoje życie z Lublinem.
Młodszy z braci Piszów występował w Motorze do 1994 roku. W 2015 roku zmarł wskutek obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.
Dalsza współpraca z Bakalarczykiem nie podlegała żadnej dyskusji. Apetyty kibiców wyraźnie wzrosły, zwłaszcza że tuż przed startem kolejnego sezonu do zespołu niespodziewanie dołączył starszy z braci Piszów – Leszek. Piłkarz Legii Warszawa popadł w konflikt z trenerem Władysławem Stachurskim i po konsultacji z bratem zdecydował się przenieść do Lublina.
Na boisku okazał się jednym z liderów zespołu. Między innymi dzięki jego bramkom i asystom Motor po rundzie jesiennej zajmował dziewiąte miejsce. W 17 meczach zdobył 18 punktów. Pięciopunktowa przewaga nad strefą spadkową wydawała się bezpieczna, a strata do liderującego Lecha Poznań wynosiła zaledwie cztery punkty.
Runda rewanżowa przyniosła jednak ogromne rozczarowanie. W decydującej fazie sezonu Motor nie potrafił utrzymać wcześniejszego poziomu. Katastrofa stawała się coraz bardziej realna.
Szczególne znaczenie miał remis w Poznaniu z Olimpią, który przedłużył nadzieje na utrzymanie... Legii Warszawa. To właśnie warszawianie przyjechali do Lublina w przedostatniej kolejce. Wygrali 3:0. Dwa gole zdobył Wojciech Kowalczyk, pierwszego już w premierowej minucie spotkania. Trzeciego dołożył Rafał Siadaczka.
Całe spotkanie z trybun obserwował Leszek Pisz. Nie chodziło o kontuzję. Jego powrót do Legii był już przesądzony, a każdy inny scenariusz mógł rodzić niepotrzebne spekulacje. Zwłaszcza w czasach, gdy polska piłka nie była wolna od podejrzeń i domysłów.
Na zakończenie sezonu Motor wygrał jeszcze w Sosnowcu 5:2. Był to jednak zarazem ostatni ekstraklasowy mecz klubu na ponad trzy dekady.
Co ciekawe, nie prowadził go już Grzegorz Bakalarczyk. Po remisie 2:2 z Hutnikiem Kraków szkoleniowiec poprosił o urlop. W dwóch kończących sezon spotkaniach drużynę prowadził jego dotychczasowy asystent Waldemar Wiater.
MISIURA NA OTWARCIE
Drugą dziesiątkę szkoleniowców Motoru w ekstraklasie otworzył właśnie Mariusz Misiura. Biorąc pod uwagę informacje o warunkach, jakie zaoferowano nowemu trenerowi, można przypuszczać, że ma być jednym z kluczowych elementów długofalowego projektu budowanego przez właściciela i prezesa klubu Zbigniewa Jakubasa.
Taka wizja powinna oznaczać współpracę znacznie dłuższą niż dwa sezony. Historia Motoru pokazuje jednak, że w futbolu nie ma nic pewnego.
Ku przestrodze nowego szkoleniowca warto przypomnieć, że Mateusz Stolarski jeszcze niedawno przedstawiany był jako „Alex Ferguson Motoru”. Co to oznacza, tłumaczyć nie trzeba. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Stolarski nie tylko nie został „Alexem Fergusonem Motoru”, ale – w mojej ocenie – nie potraktowano go nawet z takim szacunkiem, na jaki zasłużył swoją pracą.

Komentarze