W późnych godzinach wieczornych 29 lipca Dowództwo Operacyjne RSZ odebrało sygnały o możliwym zmasowanym ataku Rosji na zachodnią Ukrainę. F-16 w Łasku i Malborku znalazły się w stanie piętnastominutowej gotowości powietrznej, a samolot wczesnego ostrzegania Saab 340 w stanie trzydziestominutowej gotowości. Podniesiono również gotowość śmigłowców Mi-24 i zestawów naziemnych.
Około 2.00 rano, już 30 lipca, polskie pary dyżurne F-16 zaczęły operować w powietrzu przy granicy polsko-ukraińskiej. W przestrzeni powietrznej pojawiły się również sojusznicze samoloty rozpoznawcze i cysterny z Niemiec. O 3.29 jeden z ponad dwudziestu śledzonych nad zachodnią Ukrainą obiektów zbliżył się na odległość pięciu kilometrów od polskiej granicy, po czym skręcił na wschód.
O 3.40 systemy radiolokacyjne wykryły niezidentyfikowany obiekt w polskiej przestrzeni powietrznej, poruszający się na zachód. Do przechwycenia skierowany został myśliwiec F-16. O 3.46 obiekt zniknął z radarów. Po 3.46 w rejon skierowano śmigłowiec Mi-24, który zlokalizował prawdopodobne miejsce upadku pocisku. Po 5.00 patrol policji na polu dwa kilometry od najbliższych zabudowań odnalazł dziesięciometrowy lej i szczątki obiektu.
Słychać było gwizd
To teren między polem a lasem nieopodal miejscowości Tarnawa-Kolonia w powiecie biłgorajskim. Mieszkańcy wsi, w której mieszka kilkudziesięciu mieszkańców, z daleka przyglądają się działaniom służb. Wypatrują kratery i porozrzucanych fragmentów pocisku. Wspominają moment wybuchu. Niebywały huk. Rozbłysk.
- Jakby samolot spadł - mówi jeden z nich.
Cieszą się, że nikt nie ucierpiał i nikt nie poniósł żadnych strat materialnych. Rozmawiam z Tadeuszem Kowalczykiem, który mieszka w gminie Bychawa i przyjechał do Tarnawy-Kolonii.
- U mnie było słychać gwizd. Nie wiem, czy rakiet, czy samolotów. To było gdzieś przed czwartą. A później, gdzieś chyba 4.10, odgłos syren.
- Pojawiło się uczucie zaniepokojenia?
- Wydaje mi się, że ludzie się trochę do tego przyzwyczaili. Z tego względu, że już tych wybuchów trochę było: tych dronów, które tam się porozbijały i tak dalej. Jakoś to wszystko ludzie przyjmują chyba bardziej obojętnie, niż gdyby to się wydarzyło pierwszy raz - opowiada Tadeusz Kowalczyk.
Wielki krater
Wraz z grupą dziennikarzy dostaliśmy możliwość podejścia bliżej powstałego wskutek uderzenia krateru. Ale wciąż staliśmy zbyt daleko, żeby zobaczyć go na własne oczy. Policjanci i wojskowi odcięli i zabezpieczyli teren. Na miejscu działania operacyjne przeprowadzają kontrterroryści, Naziemny Zespół Poszukiwawczo-Ratowniczy, Żandarmeria Wojskowa, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Prokuraturę Okręgową w Lublinie.
Szczegóły tej akcji służb zdradzał Grzegorz Trusiewicz, prokurator okręgowy w Lublinie.
- Mieszkanka powiatu biłgorajskiego powiadomiła służby o głośnym huku. Pierwsza na miejscu zdarzenia, około pół godziny później, była policja, która ujawniła to miejsce. Teren został sprawdzony pod względem pirotechnicznym. Jest bezpiecznie. Trwają czynności procesowe. Na miejscu pracuje około stu funkcjonariuszy różnych służb, w tym wojska i policji. Oględziny bezpośrednio nadzoruje czterech prokuratorów. Czynności będą prowadzone przez VIII Wydział Wojskowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Skierowano tu pięćdziesięciu funkcjonariuszy Wojsk Obrony Terytorialnej, żeby przeczesali teren i ujawnić wszelkie ślady. Tak, jak miało to miejsce na przykład w Osinach - przekazał prokurator Trusiewicz.
Pomoc w oględzinach zaoferowali Ukraińcy. Polska strona określa ich jako fachowców, którzy „na co dzień mają najwięcej do czynienia z tego typu zdarzeniami”.
- Powstał dość spory krater. Ma około dziesięciu metrów średnicy i około pięć metrów głębokości. Rozrzut powstałych elementów jest dosyć spory, oceniam go na około dwieście metrów. W tym momencie trwa mapowanie za pomocą specjalistycznego drona, który ma na celu prawidłowo, procesowo zabezpieczyć teren i ujawnić wszystkie możliwe ślady z powietrza. Wszystkie służby sprowadziły specjalistyczny sprzęt do wykrywania materiałów wybuchowych czy elektroniki. Działamy w pełni profesjonalnie - dodawał prokurator Trusiewicz.
Poinformował, że prowadzone będzie postępowanie w kierunku artykułu 173 kodeksu karnego w związku z artykułem 212 prawa lotniczego, czyli sprowadzenia katastrofy w ruchu lotniczym, co jest zagrożone karą do dziesięciu lat pozbawienia wolności.
Celem nie była Polska
Premier Donald Tusk i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz najpierw udali się do Lublina na posiedzenie zespołu koordynacyjnego z udziałem wojewody i szefów służb, a następnie ruszyli w kierunku Tarnawy-Kolonii. Zapewniali, że zgodnie z procedurami Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych powiadomiło RCB. W Lublinie i części województwa lubelskiego uruchomiono wtedy syreny alarmowe i szybko je odwołano.
Myśliwiec F-16 miały być w gotowości do zestrzelenia obiektu, gdyby ten kontynuował lot i stwarzał zagrożenie. Rakieta uderzyła jednak w teren niezamieszkany. Premier Tusk stwierdził, że obiektem, który naruszył polską przestrzeń powietrzną i uderzył w ziemię powiatu biłgorajskiego, był rosyjski manewrujący/balistyczny pocisk Kh-101. Prace pirotechniczne i badania techniczno-procesowe na miejscu zdarzenia mają oficjalnie i jednoznacznie potwierdzić, czy to prawda.
- Nie ma żadnych powodów sądzić, że celem była Polska, ale dwa z tych obiektów naruszyły przestrzeń powietrzną Polski. Jeden na pewno, bo tutaj mamy jego ślady, a drugi w pobliżu polskiej granicy, ale to był bardzo krótki sygnał, więc z nim nie było związanych żadnych konsekwencji. Ludność cywilna została ostrzeżona syrenami. Wiem, że ciągle jako społeczeństwo uczymy się sytuacji, w której musimy, każdy z nas w swój sposób, jednak reagować na ostrzeżenia, sygnały, syreny alarmowe, ale to jest odrębny temat. Z każdym takim zdarzeniem stajemy się mądrzejsi - opowiadał premier Tusk.
Przedstawiciele rządu zapewniali, że omówimy sytuację z prezydentem Karolem Nawrockim. Przekazali, że akcja polskich służb prowadzona była przy współpracy z Ukrainą: tamtejsze myśliwce próbowały przechwycić pociski jeszcze przed granicą. Premier Tusk i wicepremier Kosiniak-Kamysz przypominali, że wszelkie podejmowane działania są w pełni koordynowane z dowództwem sił połączonych NATO, któremu zostanie przekazany całościowy raport. A minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński zapewnił, że systemy ostrzegania ludności cywilnej zadziałały w ciągu trzynastu krytycznych minut.

Komentarze