* Rzadko zdarza mi się rozmawiać z mistrzami świata, więc na początek – gratuluję sukcesu.
Adrian Siembida: - Dziękujemy. W walkach dziesięciu na dziesięciu przywieźliśmy złoto, w walkach szesnastu na szesnastu – srebro, a w pięciu na pięciu - brąz. W tej ostatniej formule Polska wystawiała dwie drużyny i w obu nasza ekipa, Lwy Lublin, miała swoich zawodników. Tak że jest to powód do radości.
* Opowiedzcie trochę o zawodach. Gdzie się odbywają i kto je organizuje?
Adrian: - Obecnie działają dwie główne organizacje. Jedna z nich to IMCF i to właśnie ona w tym roku organizowała mistrzostwa świata. Jest też Buhurt International, które organizuje swoje mistrzostwa co dwa lata. Zawody tej rangi bardzo często odbywają się przy zamkach. W tym roku walczyliśmy w Danii, a rok wcześniej - w Wyszehradzie, na Węgrzech. Lokalne zawody w Polsce organizowane są natomiast w różnych miejscach, na przykład przez Muzeum Bitwy pod Grunwaldem.
* Czym buhurt różni się od rekonstrukcji historycznej? Wydaje mi się, że ludzie mylą te dwa widowiska.
Jakub Szłapka: - Sporo uczestników wywodzi się oczywiście z rekonstrukcji, ale to trochę inny świat. My podchodzimy do tego bardzo sportowo. Na tegorocznych mistrzostwach pojawiła się właściwie cała światowa czołówka. Byli Brytyjczycy, Czesi, Amerykanie. Zabrakło chyba tylko Australii, która również ma bardzo mocny skład. Przyjechały także drużyny z najdalszych części świata – np. z Chin. Na polskie zawody również przyjeżdżają zagraniczne drużyny. Pod koniec maja, na turnieju pod Grunwaldem, pojawiła się jedna z lepszych ekip z Wielkiej Brytanii.

Z lewej Adrian, z prawej – Jakub, podczas wizyty w naszej redakcji
* Na polu bitwy wszystkie chwyty są dozwolone?
Adrian: - Jak to w sporcie bywa, obowiązują określone zasady. W formule pięciu na pięciu w szrankach spotykają się dwie drużyny. Chodzi o to, żeby obalić przeciwnika. Jeżeli ma się więcej punktów podparcia niż tylko dwie stopy – na przykład ktoś podeprze się ręką albo upadnie – wtedy ta osoba przegrywa. Można do tego doprowadzić na różne sposoby. Można uderzać przeciwnika, można go rzucić, wykorzystując techniki znane chociażby z judo czy innych sportów kontaktowych.
Jakub: - Jedna runda nie może trwać dłużej niż pięć minut. Rund maksymalnie jest trzy i walczy się do dwóch zwycięstw. Całe starcie dwóch drużyn zasadniczo nie powinno przekroczyć dziesięciu minut. Do turnieju nie jedziemy jednak tylko w pięciu. Mamy też zmienników. W przypadku piątek możemy pojechać w osiem osób, a do konkretnego starcia wychodzi pięciu zawodników. Pomiędzy starciami możemy dokonywać zmian i dostosowywać taktykę.
* Działacie więc jako drużyna. Każdy ma swoją rolę?
Adrian: - Bardzo dużo zależy od indywidualnych predyspozycji, na przykład wzrostu czy wagi. Więksi zawodnicy zazwyczaj są bardziej statyczni. Ich zadaniem może być związanie dwóch przeciwników, utrzymanie pozycji i osłanianie kolegów. Mniejsi, bardziej dynamiczni zawodnicy, poruszają się po całym polu i szukają możliwości przewrócenia przeciwnika. Taktyk jest mnóstwo i można je dostosowywać do konkretnej drużyny.
Jakub: - To nie jest pięć pojedynków jeden na jeden. Musimy cały czas wiedzieć, co robią nasi zawodnicy. Czy ktoś z przeciwników nie jest za naszymi plecami, czy nasza linia się nie załamała. Trzeba reagować na sytuację całej drużyny. Są też oczywiście strefy, w które nie wolno uderzać. Nie można uderzać wzdłuż kręgosłupa, w kark ani w wewnętrzne części stawów, na przykład kolana. Chodzi o to, żeby ograniczyć ryzyko trwałych kontuzji.
* Mam teraz wrażenie, że to niebezpieczny sport.
Adrian: - Tak. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, kiedy stoi przed nami przeciwnik, który ma 1,92 metra wzrostu, a nad głową trzyma jeszcze dwumetrową siekierę z ciężkim brzeszczotem. Nagle okazuje się, że psychika nie do końca pozwala nam do niego podejść. Mamy wprawdzie na sobie zbroję, ale ona nie sprawia, że przestajemy czuć ból. Dalej są siniaki i kontuzje. Nasz kapitan, który w tym roku obchodzi 20-lecie swojej przygody z tym sportem powiedział kiedyś, że na mistrzostwach czuje się trochę jak na regularnej wojnie. Zakłada zbroję, wychodzi do walki, po całym dniu ją zdejmuje, a następnego dnia robi dokładnie to samo. Trzeba być też odpornym na głód i lubić żelki. Zdarza się, że przez kilka godzin są jednym z niewielu dostępnych źródeł energii. Nie możemy przecież zjeść dużego obiadu tuż przed walką.

* Jak zmienił się buhurt na przestrzeni lat? W końcu walki rycerskie mają średniowieczne korzenie.
Adrian: - Sam buhurt ma historyczne korzenie, ale współczesny sport wygląda zupełnie inaczej. Dzisiaj są to piesze walki grupowe. Jeszcze kilka lat temu zawodnicy częściej wychodzili z tarczami i tasakami. Z czasem zaczęły pojawiać się puklerze, czyli małe stalowe tarcze, które można wykorzystywać bardziej ofensywnie. Później rozwijały się kolejne techniki. Pojawił się na przykład headrip, czyli złapanie przeciwnika za głowę od tyłu i szarpnięcie w celu obalenia. Okazało się wtedy, że nie można łapać ostrza tasaka w dłoń, więc coraz częściej zaczęto używać toporów, których drzewce można było wychwycić. Kiedy kolejne techniki przestawały być skuteczne, zawodnicy znowu modyfikowali sprzęt. To jest ciągła ewolucja. Ostatnio widziałem nawet sytuację, w której zawodnik z Wielkiej Brytanii wyrwał przeciwnikowi długi topór, odłożył własną broń i zaczął walczyć jego toporem. Wcześniej praktycznie się z tym nie spotykałem. Pojawiają się też nowe elementy taktyczne. Przeciwnik bez broni musi wrócić do swojego stanowiska i wziąć nową. Z czasem zawodnicy zaczęli więc zrzucać broń przeciwników ze stanowisk, żeby ci nie mogli jej szybko dobyć.
Jakub: - Jednocześnie cały czas zmieniają się przepisy. Niektóre techniki, które kiedyś były dozwolone, zaczynają być ograniczane. Ochrona karku i innych części ciała również ewoluuje. Chodzi o to, żeby sport był nadal widowiskowy i ekstremalny, ale powodował jak najmniej kontuzji.
* Jak przygotowujecie się do walki?
Adrian: - Trzeba bardzo dużo trenować. W Lublinie ćwiczymy zarówno na siłowni, jak i na sali treningowej. Na sali pracujemy nad taktyką, komunikacją i techniką, a każdy indywidualnie musi zadbać o przygotowanie motoryczne. Potrzebna jest siła, dynamika i ogromna wytrzymałość. No i głowa do tego sportu. Dużo osób zakłada hełm raz i więcej go nie zakłada, bo pojawia się klaustrofobia albo zwyczajnie strach przed tym, co zaraz się wydarzy.
Jakub: - Przygotowanie do mistrzostw trwa właściwie cały rok. Jeździliśmy na zgrupowania kadry, gdzie trenowaliśmy między innymi taktykę pod większe starcia – 10 na 10 i 16 na 16. Bardzo ważna jest również odporność na temperaturę. Turnieje odbywają się zazwyczaj latem. Kiedy na zewnątrz jest 35-36 stopni, my i tak musimy przez wiele godzin przebywać w pełnym słońcu, często w ciężkiej zbroi.
* Wzorem średniowiecznych turniejów walki rycerskie przyciągają publiczność?
Jakub: - Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak widowiskowy i niebezpieczny jest to sport. Widzą rycerzy i myślą: „Pewnie będzie jakiś pokaz”. A potem wychodzimy do szranek i okazuje się, że czasami dochodzi nawet do złamań. Ludzie często przyjeżdżają z dziećmi, spodziewając się rodzinnego widowiska. Tymczasem buhurt potrafi być naprawdę brutalny.
Adrian: - Mam nawet taką historię. Znajomy przyjechał kiedyś na turniej z żoną i małym dzieckiem. On był zachwycony, ale dziecko się bało, bo uderzenia stali o stal są naprawdę głośne.

* Czyli nie każdy turniej rycerski jest dobrym pomysłem na rodzinny niedzielny wypad?
Jakub: - Jeżeli mówimy o buhurcie, rzeczywiście wrażenie może być zaskakujące. Są jednak również turnieje, na których odbywają się pojedynki punktowane. Tam zawodnicy nie walczą aż do obalenia, tylko uprawiają coś w rodzaju szermierki i zdobywają punkty za trafienia. To zdecydowanie bardziej rodzinny rodzaj widowiska.
* Element widowiskowy tworzą na pewno też wasze zbroje.
Adrian: - Każdy z nas ma zbroję. Nie są one oczywiście jeden do jednego takie jak w średniowieczu, ale muszą opierać się na materiałach źródłowych. Jednocześnie każda federacja ma własne wymagania dotyczące broni i ochrony. Zbroja musi chronić całe ciało. Określone są również wymiary i waga broni. Kark musi być specjalnie zabezpieczony – na przykład stalową płytką albo kołnierzem. To, czego nie widać, uzupełniamy współczesnymi ochraniaczami. Dzięki temu można zmniejszyć wagę zbroi i zachować większą dynamikę. Podczas zawodów zakładamy zbroję nie tylko na czas jednej walki. Jeżeli mamy kilka starć, możemy spędzić w niej cztery czy pięć godzin. Na mistrzostwach często czekaliśmy w zbrojach na kolejne walki.
* Ile taka pasja kosztuje? Czy zawodnicy muszą kupować zbroję i wyposażenie na własną rękę?
Adrian: - Główny koszt to uzbrojenie. Cena zależy głównie od tego, czy kupujemy używane rzeczy czy nie. Jeśli używane, to najczęściej dzieje się to np. za pośrednictwem odpowiednich grup na Facebooku. Wtedy całościowo można zamknąć się w 6-7 tysiącach złotych. Jeśli jednak kupujemy nowe rzeczy, to cena może wzrosnąć nawet do 12 tysięcy, ale to bardzo zależy od konkretnych elementów zbroi i użytych materiałów, więc trudno mówić tu o górnej granicy. Koszty zbroi pokrywane są przez samych zawodników. Dodatkowo przy większości zawodów dochodzi jeszcze logistyka, transport zbroi, co także bywa sporym wydatkiem.
* Czy otrzymujecie jakieś dofinansowania?
Jakub: - Nie, ale jako Lwy Lublin mamy akurat to szczęście, że zawsze możemy liczyć na jednego z polskich producentów sprzętu, jakim jest Go Hurt Medieval Sports Gear, który znajduje się w Lublinie i tak się składa, że właściciele tej marki są naszymi zawodnikami. Nowi zawodnicy, którzy rozpoczynają swoją przygodę, na początku ćwiczą w miękkim sprzęcie sportowym. Jak już się oswoją trochę z charakterem tego sportu, to mamy sporo sprzętu do pożyczenia na pierwsze treningi w zbroi. Natomiast Rycerska Kadra Polski zaprasza do współpracy wszystkich sponsorów i oferuje im różne pakiety marketingowe, w zamian za wsparcie. Zebrane pieniądze przeznacza na logistykę wyjazdów na mistrzostwa.
* Jak trafiliście do tego sportu?
Adrian: - Moja historia zaczyna się dość zwyczajnie. Studiowałem informatykę. W liceum byłem bardzo aktywny, ale na drugim roku studiów zauważyłem, że przytyłem i jestem znacznie mniej sprawny. Zacząłem szukać jakiegoś ciekawego sportu. Miałem kolegę, który walczył mieczem. Odezwałem się do niego i usłyszałem po prostu: „Wpadaj na trening”. Na początku była to bardziej grupa rekonstrukcyjna. Prowadzący był historykiem i oprócz treningów opowiadał nam ciekawostki związane ze średniowieczem. W pewnym momencie razem z kolegą stwierdziliśmy, że chcemy czegoś więcej. Trafiliśmy do grupy, która właśnie przekształcała się w grupę sportową. I tak trafiłem do Lwów.
Jakub: - U mnie było trochę inaczej. Całe życie byłem związany ze sportem, dużo czasu spędzałem na siłowni. Zawsze interesowałem się historią, średniowieczem i walką mieczem, ale wcześniej nie miałem okazji tego spróbować. Po studiach zacząłem szukać grupy. Trafiłem na filmy na YouTubie i zobaczyłem, że istnieje sport, w którym naprawdę walczy się w zbroi. Kiedy wróciłem do Lublina, okazało się, że moja mama pracuje z jednym z naszych zawodników. Tak się zgadaliśmy i ponad dwa lata temu trafiłem do Lwów.

* Lwy Lublin to liczna grupa?
Adrian: - Obecnie mamy około dziesięciu osób posiadających pełne wyposażenie, ale regularnie trenuje sześć. Są też osoby, które już z nami nie walczą – przez kontuzje, przeprowadzkę czy zmianę zainteresowań – ale nadal są związane z grupą. Walka w zbroi buduje bardzo specyficzną więź. Byli zawodnicy nadal są na naszym czacie, pomagają przy remoncie sali, wpadają na spotkania czy pizzę. Ta grupa pozostaje gdzieś w ich życiu.
* Jesteście widoczni w przestrzeni Lublina?
Adrian: - Chyba jeszcze nie do końca. Ten sport jest bardzo niszowy. Większość osób trafia do nas przez znajomych albo z polecenia.
* Walki rycerskie mogłyby się odbyć w naszym mieście?
Adrian: - W Lublinie nie organizowaliśmy jeszcze turnieju. Jeżeli znalazłby się organizator, bardzo chętnie pomożemy, ale sami na razie nie jesteśmy w stanie zrobić całej imprezy. W przyszłym roku będziemy mieli zresztą dziesięciolecie drużyny. Lwy zostały założone dziesięć lat temu przez Tomasza Gomołę przy pomocy Michała Wierzchowskiego i Mateusza Macierzyńskiego. Chcemy to jakoś uczcić, choć jeszcze nie mamy konkretnych planów.
* Dużo jest takich drużyn w Polsce?
Adrian: - Jest Klub Sportowy Rycerz, który bazowo trenuje w Łodzi, ale ma zawodników również w Warszawie. W Warszawie działa też Centrum Dawnych Sztuk Walki. We Wrocławiu i Krakowie są kolejne drużyny. Na Warmii i Mazurach również działają grupy, część z nich współpracuje z Muzeum Bitwy pod Grunwaldem. W Szczecinie działa grupa, która skupia się bardziej na profightach.
* W tej części Polski Lublin jest właściwie taką ostoją buhurtu. Kobiety również mogą uczestniczyć w walkach?
Jakub: - Tak, choć u nas w Lublinie na razie nie mamy jednak warunków, żeby prowadzić osobną rekrutację dla kobiet. Chcielibyśmy to w przyszłości zmienić.
* Jakich osób szukacie do swojej drużyny?
Adrian: - Jeżeli ktoś chce trenować i jest aktywny, zapraszamy. Trzeba mieć co najmniej 18 lat, bo to sport kontaktowy i chcemy, żeby była to świadoma decyzja dorosłej osoby.
Jakub: - Jeśli ktoś chce później startować na wyższym poziomie, potrzebne są również określone cechy mentalne. Trzeba być odpornym na stres, presję i niebezpieczeństwo.
Adrian: - Odporność jest bardzo ważna. Trzeba być odpornym na ból, bo niezależnie od tego, jak dobrze się ustawimy, możemy dostać z zaskoczenia. Potrzebna jest też odporność psychiczna. Zdarzało się, że zawodnicy, którzy na treningach byli jednymi z najlepszych, na turnieju bardzo się bali i nie potrafili pokazać swoich możliwości. Dlatego przygotowanie mentalne jest równie ważne jak fizyczne.
* Jak przebiega rekrutacja?
Jakub: - Kiedy ktoś przychodzi pierwszy raz, nie kupuje od razu całej zbroi. Kompletowanie wyposażenia trwa. Zwykle w październiku zaczynamy rekrutację osób, które chcą rozpocząć treningi. Trenujemy razem dwa razy w tygodniu. Poza tym każdy, w miarę swoich możliwości, dokłada treningi indywidualne – siłownię, bieganie czy inne formy przygotowania.
* Może to jest właśnie klucz do sukcesu. Warto w końcu podkreślić, że jako Lwy Lublin jesteście mistrzami Polski.
Adrian: - Jeszcze jesteśmy. We wrześniu mamy turniej, na którym okaże się, czy uda nam się podtrzymać ten tytuł. To dla nas bardzo ważne wydarzenie. Mistrzostwa świata były dużym celem, a po nich mieliśmy prawie dwa miesiące przerwy i przed nami kolejne ważne zawody – mistrzostwa Polski. Daliśmy sobie chwilę na odpoczynek, ale teraz znowu wracamy do ciężkich treningów.
* Czyli tytuł mistrzów nie oznacza spoczęcia na laurach.
Adrian: - Zdecydowanie nie. W tym sporcie zawsze jest następny cel.
Rozmawiała Katarzyna Nakonieczna
Więcej informacji o Lwach Lublin znajdziecie w ich mediach społecznościowych: https://www.facebook.com/LWY.LUBLIN

Komentarze