Lekarz, zatrudniony wyłącznie na umowie cywilnoprawnej, w ciągu roku zarobił łącznie 2 693 719,58 zł. Największą część tej sumy – ponad 1,77 mln zł – stanowiły opisy badań radiologicznych: 9 710 opisów po ok. 183 zł każdy. Pozostałe składniki to m.in.: 1 190,21 godziny normalnej ordynacji (93 979,59 zł), 1 700,90 godziny pracy poza normalną ordynacją po stawce dwukrotnie wyższej (277 878,59 zł), 2 789,28 godziny gotowości do trombektomii (221 354,44 zł) oraz konkretne zabiegi – 69 trombektomii, 35 embolizacji i 7 angiografii, razem warte ponad 325 tys. zł.
Paradoks czekania
Najbardziej uderzający jest jednak sam mechanizm stawek. Za pozostawanie w gotowości do trombektomii – niecałe 2 790 godzin, czyli równowartość 116 pełnych dób, jedna trzecia roku spędzona pod telefonem – zapłacono 76,75 lub 81,75 zł za godzinę – w części roku więcej, niż wynosiła stawka za godzinę normalnej pracy tego samego lekarza w tym samym miejscu (78,21 lub 79,81 zł). Szpital płacił więc więcej za czekanie niż za pracę – bo, jak zwraca uwagę Zduńczyk, nie ma kim obsadzić drugiego dyżuru.
27 opisów dziennie, bez wyjątków
Drugim uderzającym elementem rozliczenia są wspomniane opisy badań – 9 710 w ciągu roku, czyli średnio blisko 27 dziennie, wliczając niedziele i święta. Także godzina pracy poza normalną ordynacją kosztowała dwukrotnie więcej niż w jej ramach – 164,94 zł wobec 79,81 zł. W obu przypadkach przyczyna jest ta sama: brak drugiego specjalisty, który mógłby odciążyć grafik.
„Spór nie dotyczy tego człowieka”
Zduńczyk podkreśla, że w całej sprawie nie doszło do niczego nielegalnego – jeśli lekarz rzeczywiście przepracował tyle godzin, co w medycynie nie jest niczym wyjątkowym, a konsultowane przez niego osoby z branży medycznej potwierdziły, że to stawki rynkowe.
– Spór nie dotyczy tego człowieka. Dotyczy systemu, który takie stawki wymusza – ocenia.
Jego zdaniem liczby odzwierciedlają realny deficyt kadrowy: w konkursie na obsługę radiologii zabiegowej w zamojskim szpitalu wpłynęły zaledwie cztery oferty, a alternatywą dla zaakceptowania takich warunków byłoby zamknięcie pracowni.
Jego recepta
Zduńczyk łączy sprawę zamojskiego radiologa z szerszym problemem braku lekarzy specjalistów w Polsce przy jednoczesnych trudnościach młodych medyków w dostaniu się na wybraną specjalizację. Jego zdaniem rozwiązaniem byłoby zwiększenie liczby miejsc specjalizacyjnych – zwłaszcza w dziedzinach największego zapotrzebowania, jak interna, radiologia, psychiatria, pediatria czy anestezjologia – wraz z dodatkowymi środkami dla szpitali, większą liczbą opiekunów specjalizacji i lepszym rozmieszczeniem miejsc w regionach.
– Jeśli chcemy skrócić kolejki i poprawić dostęp do leczenia, musimy szkolić więcej specjalistów, a nie tworzyć kolejne wąskie gardło po studiach. Dopóki specjalista jest jeden, będziemy mu płacić za to, że w ogóle odbiera telefon – podsumowuje.
Pytanie, które zostaje otwarte
Dane przedstawione przez zamojski szpital nie są kwestionowane – wynagrodzenie faktycznie wyniosło niemal 2,7 mln zł, a stawka za godzinę gotowości rzeczywiście w części roku przewyższała stawkę za zwykłą pracę. Sporne pozostaje natomiast to, co z tych liczb wynika. Dla autorów interpelacji to dowód patologii systemu finansowania publicznej ochrony zdrowia. Dla samego szpitala – i, jak zapewnia Zduńczyk, dla przedstawicieli branży medycznej – to po prostu cena, jaką trzeba zapłacić, gdy na jednego specjalistę przypada zbyt wiele obowiązków. Dopóki w Polsce nie przybędzie radiologów gotowych pracować w szpitalach powiatowych i wojewódzkich, podobne kontrakty – i podobne interpelacje – będą się nadal pojawiać.

Komentarze