Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama
BYŁ KIEDYŚ NA KAŻDYM ROGU. DZIŚ ZOSTAŁY PO NICH JEDYNIE WSPOMNIENIA

Kioski Ruchu, czyli cały świat przez małe okienko

Sprzedawano w nich gazety, papierosy, bilety, zabawki, a czasem towary, których próżno było szukać w sklepach. Przed okienkami ustawiały się kolejki, kioskarze znali swoich klientów, a pod ladą czekały odłożone gazety. Kioski Ruchu przez dziesięciolecia były częścią naszego życia. Dziś niemal nie ma po nich śladu.
Kioski Ruchu, czyli cały świat przez małe okienko

Autor: teatr NN

Pan Leszek przez ponad 30 lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Kiedy niedawno przyjechał do Polski, nie mógł się nadziwić zmianom. Nowe drogi, piękne domy, sklepy na każdym rogu. Wiele miejsc w Lublinie, gdzie przed laty studiował, ledwo poznawał. Jedna rzecz szczególnie zwróciła jego uwagę. A właściwie jej brak.

– Na samym Krakowskim Przedmieściu było ich kiedyś sześć czy siedem – wspomina. – Nawet na wsi u mojego dziadka były dwa. Czynne chyba od szóstej rano, bo każdy kupował wtedy papierosy, gazety. Dziś praktycznie nie ma po nich śladu.

Chodzi o kioski Ruchu

Dawniej trudno było ich nie zauważyć. Były niemal wszędzie. Kiosk był takim małym domem towarowym. Niewiele większym od łazienki w mieszkaniu, ale potrafił pomieścić zadziwiająco dużo rzeczy. Na wystawie – gazety i kolorowe czasopisma. Obok pocztówki z widokami miast, kalendarzyki, zdjęcia aktorów i piosenkarzy, grzebienie, gumki do ścierania, temperówki, długopisy, ołówki i zeszyty. Były znaczki pocztowe, koperty, baterie, zapałki, żyletki, kremy do golenia i woda kolońska. Oczywiście papierosy. Sporty, Popularne, Klubowe, Caro, a dla bardziej wymagających nawet Marlboro czy Camele.

Dzieci interesowały gumy do żucia, naklejki, kolorowe obrazki, komiksy i plastikowe zabawki. Niektórzy nie kupowali niczego. Przystawali przed kioskiem, żeby przeczytać nagłówki gazet wyłożonych za szybą. A w środku, za małym okienkiem, siedziała pani, która często wiedziała o mieszkańcach osiedla więcej niż niejeden sąsiad.

Kiosk na rogu Żeromskiego i Dwernickiego

Takie wspomnienia zachował pan Marek, wychowany na osiedlu wojskowym w Hrubieszowie. Jego mama przez pewien czas pracowała w kiosku Ruchu, który stał na rogu ulic Żeromskiego i Dwernickiego. – Pamiętam, że w latach 70. przy kupnie na przykład „Sztandaru Młodych” trzeba było czasami wziąć również „Trybunę Ludu”. Tak to przynajmniej wyglądało w naszym kiosku. Władzy chodziło zapewne o zwiększenie czytelnictwa partyjnej gazety – wspomina.

Jego matka znała wszystkich mieszkańców osiedla. Niektórzy przychodzili codziennie, inni raz w tygodniu, kiedy ukazywał się ulubiony magazyn. Ale kiosk służył nie tylko do robienia zakupów. Zdarzało się, że ktoś zostawiał tu klucz do mieszkania dla kuzyna, który miał przyjechać późniejszym autobusem. Ktoś inny pozostawiał niewielką paczkę do odebrania. Czasami przekazywano wiadomość sąsiadowi.

To była taka osiedlowa skrzynka kontaktowa. Bez telefonu komórkowego, internetu i komunikatorów.

Wygrałem samochód!

Dużym powodzeniem cieszyły się przez lata loterie fantowe. Na szybie kiosku był plakat z numerami losów. Klient kupował los, otwierał go, a potem z wypiekami na twarzy sprawdzał, czy trafił szczęśliwy numerek. Nagrodami mogły być różne przedmioty codziennego użytku, ale wyobraźnię rozpalały przede wszystkim te najcenniejsze.

Pewnego dnia przed kioskiem w Hrubieszowie wydarzyła się zabawna historia. Jeden z klientów kupił los, sprawdził numer na plakacie, po czym krzyknął na całe gardło, że wygrał samochód. I pobiegł do domu.

Nie wiadomo, ilu ludzi uwierzyło w tę wygraną. Samochodu oczywiście nie było. Mężczyzna zrobił sobie żart. Ale w tamtych czasach, kiedy na własne cztery kółka czekało się nieraz latami, taka wiadomość potrafiła wywołać prawdziwe poruszenie, a czasami także zazdrość.

Teczka, czyli gazeta dla wybranych

W PRL nie każdy mógł kupić ulubione czasopismo. Gazety, zwłaszcza kolorowe, bywały towarem deficytowym. Brakowało papieru, a wydawnictwa otrzymywały na niego przydziały. Na szczególne traktowanie mogła liczyć prasa partyjna, natomiast wiele popularnych czasopism miało niewielkie nakłady. Był jednak sposób, żeby zapewnić sobie ulubioną lekturę. W kioskach prowadzono słynne „teczki”.

Nie chodziło o żadną skomplikowaną dokumentację. Były to zwykłe kartonowe teczki, do których odkładano gazety zamówione przez stałych klientów. Często wpisywano na nich nazwisko i tytuły czasopism. Kto miał dobrą znajomość z kioskarzem, mógł liczyć na to, że nie zabraknie dla niego „Przekroju”, „Kobiety i Życia”, „Przyjaciółki”, „Perspektyw”, „Rozrywki”, „Motoru” czy „Świata Młodych”. Dużym powodzeniem cieszyły się również „ITD”, „Płomyk”, „Płomyczek” i „Świerszczyk”.

Nie zawsze jednak udawało się wpisać na listę. Chętnych bywało więcej niż gazet. Kioskarz wiedział, kto po co przychodzi. Dla jednego odkładał gazetę, dla innego krzyżówkę, dla kolejnego tygodnik sportowy. W niektórych miastach na gazety czekano nawet dwa razy dziennie. Rano kupowano dzienniki, a po południu ustawiały się kolejki po świeżo dostarczony „Express Wieczorny”. Dla kioskarzy przyjazd samochodu z nowym wydaniem oznaczał kolejną falę klientów.

Kapitan Żbik, Hans Kloss i plastikowi żołnierze

Dla dzieci wychowanych w latach 60. i 70. kiosk Ruchu był czymś w rodzaju dzisiejszego sklepu z zabawkami, księgarni i salonu prasowego w jednym. Prawdziwym przebojem okazały się komiksy. Przygody kapitana Żbika, Hansa Klossa, a także Tytusa, Romka i A'Tomka rozpalały wyobraźnię młodych czytelników. Na kolejne zeszyty czekało się z niecierpliwością. Czytało się je po kilka razy, pożyczało kolegom, wymieniało na inne. Niektóre egzemplarze krążyły po całym osiedlu, aż rozpadały się ze starości.

– Z bratem kolekcjonowaliśmy również widokówki ze znanymi sportowcami. Na zdjęciach były reprodukcje ich autografów. To byli nasi idole – wspomina pan Marek.

W kioskach sprzedawano też niewielkie plastikowe modele samochodów, często w kolorowych pudełeczkach. Były przedmiotem pożądania chłopców, którzy o prawdziwym samochodzie mogli na razie tylko pomarzyć. Ogromną popularnością cieszyły się plastikowe figurki żołnierzy. Polscy i niemieccy, Indianie, kowboje, rycerze, także na koniach. Wystarczyło kilka takich figurek i kawałek podłogi, żeby urządzić wielką bitwę.

Tabletka z krzyżykiem i zapach gazet

Kioski sprzedawały również produkty, które dzisiaj mogą budzić zdziwienie. W lecie można było kupić olejek do opalania w malutkich, jednorazowych saszetkach z grubej folii. Przydawał się na plaży, nad rzeką albo jeziorem.

W kioskach bywały też dostępne popularne tabletki przeciwbólowe, znane jako „tabletki z krzyżykiem”. Zawierały fenacetynę, substancję, której szkodliwe działanie, zwłaszcza na nerki, doprowadziło z czasem do wycofania takich preparatów. Ale kupowano je na potęgę. Podobnie jak szklane lufki do papierosów.

W czasach kryzysu, kiedy w sklepach brakowało wielu podstawowych towarów, każda dostawa – także do kiosku Ruchu – sprzedawała się „na pniu”.

Pan Zdzisław z Lublina do dzisiaj pamięta, jak stał w kolejce po papierosy. – Wtedy jeszcze je paliłem – mówi. – Jak zabrakło, to chodziłem od kiosku do kiosku i odchodziłem z kwitkiem. Dopiero znajomy mi podpowiedział, że będzie po południu dostawa wybrakowanych papierosów z zakładów tytoniowych. Już nie pamiętam, czy one były na wagę, czy na sztuki, ale stałem w kolejce na Nałkowskich i udało się. Do domu wróciłem z torebką pełną papierosów. Niektóre były popękane, źle sklejone, niepocięte, ale w domu miałem już bibułkę i robiłem z nich „prawdziwe” papierosy.

Historia Ruchu jest niewiele młodsza od niepodległej Polski

W grudniu 1918 roku dwaj wydawcy, Jan Stanisław Gebethner i Jakub Mortkowicz, założyli Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch”. Pomysł był prosty. Podróżni czekający na pociąg mieli mieć możliwość kupienia gazety, książki czy drobnych artykułów przydatnych w podróży. Pierwszy kiosk otwarto w styczniu 1919 roku na warszawskim Dworcu Wiedeńskim. Po kilku miesiącach działało już ponad 60 kiosków i księgarń. Sieć szybko się rozrastała. W 1935 roku miała około 700 punktów sprzedaży w całym kraju.

Kiedy w Lublinie otwarto pierwszy kiosk Ruchu? – tego dostępne źródła historyczne nie pozwalają na razie jednoznacznie ustalić. Co ciekawe, w 1951 roku w wydawanym w Lublinie „Biuletynie Biura Organizacji Rachunkowości” pojawiają się trzy adresy związane z Ruchem: urząd pocztowy Lublin 1, Centrala „Ruch” przy Krakowskim Przedmieściu 62 i ul. 3 Maja 4.

W latach 80. sieć obejmowała prawie 34 tysiące punktów sprzedaży prasy, z których ponad 12,5 tysiąca znajdowało się na wsiach. Nie były to wyłącznie charakterystyczne wolnostojące budki, ale również inne punkty handlowe. W wielu niewielkich miejscowościach kiosk był jednym z nielicznych miejsc, gdzie regularnie można było kupić gazety i czasopisma.

Dla mieszkańców prowincji kiosk Ruchu był często czymś więcej niż sklepikiem. Na niewielkich półkach leżały kolorowe magazyny motoryzacyjne, sportowe, kobiece, młodzieżowe, czasopisma popularnonaukowe. W czasach, kiedy telewizja nadawała tylko kilka programów, a zagraniczne podróże były dla większości Polaków nieosiągalne, kolorowe czasopisma otwierały okno na świat.

Nie bez znaczenia był też wygląd samego kiosku. Najstarsze przypominały niewielkie drewniane domki. Później coraz częściej pojawiały się metalowe, przeszklone konstrukcje. Na noc zasuwano okienka i zakładano kraty. Zimą w środku bywało naprawdę zimno, latem upalnie. Sprzedawca miał do dyspozycji niewielką przestrzeń, ciasne półki, ladę i krzesło. Trudno było się obrócić, nie potrącając czegoś łokciem.

Kioski nazywano czasami domami towarowymi na dwóch metrach kwadratowych. I rzeczywiście, trudno było znaleźć drugi taki sklep, w którym na tak małej powierzchni mieściłoby się tyle różnego towaru.

Kiosk trafił nawet do filmu Barei

Kioski Ruchu były tak powszechne, że stały się również częścią polskiej kultury popularnej. Pojawiały się w filmach, serialach i programach telewizyjnych. Jedną z najsłynniejszych scen znajdziemy w komedii „Miś” Stanisława Barei z 1980 roku. To właśnie w kiosku pojawia się woda brzozowa, której niektórzy bohaterowie wcale nie zamierzali używać zgodnie z przeznaczeniem. Produkt kosmetyczny zawierający alkohol bywał w PRL wykorzystywany jako jego zastępcze źródło. A już z pewnością do historii polskiej kinematografii przeszła słynna kwestia z kultowego „Misia”: „Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!”.

Kioskami zainteresowała się również Polska Kronika Filmowa. W 1967 roku pokazała pracę jednego z takich punktów. Była dostawa gazet, klienci czekający na prasę i codzienna krzątanina za niewielkim okienkiem. Zwykły dzień w kiosku stał się tematem filmowego reportażu.

Zmiany po 1989 roku

Na ulicach pojawiły się prywatne sklepiki, stragany, nowe punkty handlowe. Ruch wciąż pozostawał potężną firmą, ale coraz trudniej było mu konkurować z nowym handlem. Potem pojawiły się supermarkety, sklepy osiedlowe, stacje benzynowe z dużymi punktami sprzedaży, nowe sieci sklepów.

Papierosy można było już kupić niemal wszędzie. Bilety zaczęto sprzedawać w automatach i aplikacjach. Doładowania telefonów również przeniosły się do internetu. Największy cios przyszedł jednak ze strony cyfrowej rewolucji. Sprzedaż gazet spadała na łeb na szyję. Po prasę sięgano coraz rzadziej. Wiele osób nie rozpoczynało już poranka od kawy z nosem utkwionym w otwartej gazecie, tylko od spojrzenia w ekran laptopa lub smartfona.

Zmieniała się także sama firma. Kolejne reorganizacje, problemy finansowe, zadłużenie i nieudane próby ratowania sieci przyspieszały jej upadek. W 2020 roku większościowym właścicielem Ruchu został Orlen. Nie udało się jednak przywrócić rentowności tradycyjnych kiosków. W grudniu 2024 roku Ruch zakończył prowadzenie własnej sieci kiosków. Około 60 punktów miało pozostać w rękach ajentów, którzy zdecydowali się prowadzić je na własny rachunek.

Jeszcze pięć lat wcześniej w Polsce działało ponad 1300 punktów sprzedaży Ruchu. Pod koniec listopada 2024 roku zostało ich zaledwie 66. W Lublinie jednym z najdłużej działających kiosków był ten na dworcu PKP. Także on przeszedł do historii.

W kiosku Ruchu można było przez te wszystkie lata kupić niemal wszystko. Oprócz jednego – czasu, który minął.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama