Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Walczymy do upadłego (wideo)

W Cukrowni \"Lublin” rozpoczął się wczoraj strajk okupacyjny. Ludzie nie chcą dopuścić do likwidacji swojego zakładu.
Na rękę dostaję w zakładzie 1100 zł. Mam na utrzymaniu 3 córki, żona jest na rencie. Niebogate to nasze życie, ale głodu nigdy nie było. Póki jest praca, to człowiek ma co jeść. I jakaś motywacja do tego życia jest. A teraz co będzie? Naprawdę się boję. Nikt mnie nie zatrudni, mam 53 lata, takich starych już do roboty nie biorą. Kraść nie pójdę, bo nie chciałbym siedzieć po 35 latach uczciwej pracy. Mam takie ciche marzenie, bardzo ciche, że to wszystko jeszcze się odwróci na dobre. Zaczynałam jako pakowaczka w fabryce cukierków \"Pszczółka”. Potem robiłam różne rzeczy w cukrowni, więc można powiedzieć, że zakład znam od podszewki. To mój drugi dom. Sama wychowałam trójkę dzieci, tylko z tego, co tu zarobiłam. Teraz to ok. 1000 zł. Bez tej pracy nie byłoby dla nas życia. Córki powoli się usamodzielniły, ale syn ma nowotwór, jest na moim utrzymaniu. Właściwie dla niego żyję. Muszę mieć dla syna na leki, dlatego o pracę będę walczyć do upadłego. Do cukrowni przyszedłem 16 lipca 1981 roku. Tego dnia nie zapomnę nigdy. Ciągnęło mnie tutaj już w technikum, jakoś nie wyobrażałem sobie innej pracy. I nigdy nie żałowałem, spełniłem się w tej pracy, była satysfakcja. Moja żona nie pracuje, więc poza satysfakcją ważne są też pieniądze. Trzeba z czegoś utrzymać dzieci. Córka studiuje, a syn uczy się w szkole średniej. Zawsze żyliśmy skromnie, ale bez długów. Nie myślę o tym, co będzie, bo zwyczajnie się boję. Żyję nadzieją. Połowa kobiet, które pracują w \"Pszczółce” i cukrowni to samotne matki. Ja zresztą też. Sama wychowałam dwoje dzieci. Dzięki tej pracy miałam poczucie bezpieczeństwa, stabilizację. Nie musiałam się bać, że będziemy żyć z zasiłku. Córka skończyła studia i wyjechała do Poznania, syn robi doktorat. Nie chcę, by mnie utrzymywali. Jeśli zamkną zakład, wyjadę z Lublina. I nigdy już tu nie wrócę. Bo to miasta umiera, właśnie przez takie decyzje, jak ta o likwidacji cukrowni. Ta cukrownia to moje życie. Cała nasza rodzina żyła od kampanii do kampanii, to był rytm naszego życia. Wszystko co mamy, zawdzięczamy temu zakładowi. Żona jest na wcześniejszej emeryturze. Synowie wyjechali za chlebem za granicę. Mówię im: nie wracajcie tutaj, bo nie ma do czego. Serce mam rozdarte, ale taka jest prawda.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama