Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Żyję z robienia jaj

Roman Prószyński z Terpentyny w gminie Dzierzkowice jest jednym z nielicznych mężczyzn, którzy zajmują się malowaniem pisanek
- Ojciec mnie nauczył. Był nauczycielem, zawsze przed świętami zbierały się u nas w domu grupy młodzieży i malowali, a ja patrzyłem. Mogę powiedzieć, że jak tylko nauczyłem się chodzić, to zacząłem malować pisanki. - W całym województwie jest nas chyba trzech, a w Polsce myślę że kilkunastu. - Maluję metodą batikową. To jedna z najstarszych technik malowania, również tkanin. Polega ona na nanoszeniu specjalnym pisakiem kolejnych warstw wosku o różnych kolorach. Później wszystko wyciera się na gorąco lub wytrawia w kwasie z kapusty. - Około godziny. Gęsie jajo maluje się dwa razy dłużej. Strusie są bardzo ciężkie do malowania, potrzeba cierpliwości i kilku godzin pracy. - No, nie będę tu patriotą. Najlepsze są kurze jajka, ale zagraniczne. Mają bielsze skorupki i kolor wychodzi bardziej wyrazisty. - Nie trzeba rozkręcać wielkiego biznesu, żeby zarobić na życie. Ale pasja to mało. Trzeba mieć talent i wyobraźnię. Zaczęło się od tego, że skanseny i muzea zaczęły zamawiać pisanki. • A czy pisanka dla skansenu różni się czymś od tej wystawianej na sprzedaż na kiermaszu? - To, co przeznaczone jest dla muzeów, muszę wykonywać metodą tradycyjną. Mają być także wzory charakterystyczne dla danego regionu. To nie jest tak, że robię dowolne pisanki. Trzeba mieć wiedzę, znać symbolikę. Dla odbiorców prywatnych mogę sobie pozwolić na pewną dowolność. Wiele wzorów opracowałem sam. - Wiosną dużo jeżdżę na targi, kiermasze i za granicę, najczęściej do Niemiec i Skandynawii. - W kraju za jedną pisankę dostaję od 5 do 50 zł. Za granicą od 3 euro w Skandynawii do 5 euro w Niemczech.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama