Małe szkoły zmorą samorządów
Rodzice w trosce o wygodę dzieci wolą, żeby nie trzeba było ich dowozić do innych placówek. Jednak, czy istotnie jest to takie wygodne?
- 05.09.2012 20:36

– Ja z dzieckiem muszę ok. 2 km do szkoły dojechać trolejbusem, w tłoku, czekając w zimie na przystanku – mówi Alicja Bachan z Lublina. – Chciałabym, żeby po dziecko przyjechał pod dom autobus i odwiózł je prosto i bezpiecznie pod drzwi szkoły, nawet jeśli to miałoby być 5 km.
Tymczasem, opór rodziców przed likwidacją małych szkół jest bardzo duży, choć zdarzają się wyjątki.
– Nie mamy małych szkół – wyjaśnia Stanisław Wójcicki, wójt Kurowa. – Można powiedzieć, że rodzice sami je polikwidowali. W filiach było bardzo mało dzieci, przedszkola były tam czynne do godz. 11.30. Rodzice woleli, żeby dziecko w przedszkolu było dłużej, więc wozili je do Kurowa. Okazało się, że nie jest to złe, no i później dzieci zaczęły chodzić tu do szkoły. Można powiedzieć, że filie, które generowały koszty, zostały zlikwidowane \"pokojowo”.
Niż demograficzny sprawia, że w małych placówkach oświatowych nieraz w jednej klasie uczy się dwoje, troje dzieci. W trzyklasowej szkole w Borkowie (gm. Garbów) jest 14 uczniów, w innej – sześcioklasowej – 36 uczniów.
– Oddaliśmy te szkoły stowarzyszeniu – mówi Kazimierz Firlej, wójt gminy Garbów. – To nie jest dobre rozwiązanie z punktu widzenia ekonomii – gmina i tak te szkoły finansuje.
W gminie Wisznice są trzy placówki \"stowarzyszeniowe” – w miejscowości Dubice, Polubicze i w Dołholiskach.
– Taką uchwałę podjęliśmy zimą – mówi Anna Chomicz, pracownik Urzędu Gminy. – W małej szkole był bardzo wysoki koszt utrzymania ucznia. Teraz, ponieważ płacimy stowarzyszeniu średnią, z pewnością będzie niższy.
Nie da się jednak ukryć, że zarówno koszt utrzymania szkoły małej, jak i \"stowarzyszeniowej” nadal obciąża gminę. Gdyby tych kilkunastu uczniów trafiło do większych, publicznych placówek, w kasie gmin zostałyby pieniądze np. na stypendia dla uczniów lub inne formy zajęć pozalekcyjnych. Jednak opór rodziców i nauczycieli bywa duży. W szkołach, które przejęło stowarzyszenie, nie obowiązuje Karta nauczyciela i często umowa o pracę opiera się na najniższym krajowym wynagrodzeniu.
Doświadczeni pedagodzy i psychologowie twierdzą, że takie małe enklawy wcale nie służą rozwojowi dziecka, które nie uczy się zachowań społecznych, nie potrafi później integrować z większym środowiskiem, kiedy przyjdzie czas na zmianę szkoły. Większe placówki mają sale gimnastyczne, pracownie komputerowe, językowe, wożą dzieci na basen – tego w małych szkołach brak.
Reklama

Komentarze