Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Niezwykła droga Michaja Burano

Z Bronowic w Lublinie do paryskiej Olimpii

Zaczęło się od występu w Sopocie, kiedy nastolatek z Lublina wszedł na scenę i zachwycił publiczność. Kilka lat później Michaj Burano śpiewał już w paryskiej Olimpii, występował z wielkimi gwiazdami i stał się jednym z najbardziej intrygujących artystów lat 60.
Michaj Burano, wokalista związany z Lublinem i polskim bigbitem lat 60., podczas występu z zespołem Niebiesko-Czarni.
Czerwiec 1963, festiwal w Opolu – Burano z zespołem Niebiesk- Czarni

Autor: Polska org pl/Archiwum Państwowe w Opolu

Jest 29 lipca 1959 roku. W Teatrze Letnim w Sopocie odbywa się pierwszy w Polsce koncert rockowy pod gołym niebem. Mnóstwo ludzi, głównie młodych, entuzjastycznie wita kolejnych wykonawców. Konferansjer zapowiada przerwę. Za kulisami słychać gwar i śmiechy. Nagle do kierownika jednego z zespołów przedziera się mężczyzna o śniadej cerze. Ciągnie za sobą nastolatka z bujną czupryną. Z daleka wykrzykuje, że muzyk musi czegoś posłuchać. Staje przed nim zdyszany i tonem nieznoszącym sprzeciwu żąda, żeby wysłuchano, jak gra i śpiewa jego bratanek.

Muzyk daje chłopakowi gitarę i po chwili rozlegają się pierwsze takty. Nastolatek zaczyna śpiewać. Wszyscy nagle milkną. Czegoś takiego jeszcze nie słyszeli. Wspaniały głos, zero tremy. Muzycy nie dowierzają, że taki młokos potrafi tak dobrze śpiewać. Muszą być jednak przekonani o jego talencie, skoro po przerwie robią coś niezwykłego: zapraszają młodzieńca na scenę. Utwór „Lucille” w jego wykonaniu porywa publiczność.

Tym chłopakiem jest Burano. Michaj Burano. Ten sam, który kilkanaście lat później wystąpi u boku samego Franka Sinatry.

UBILI INTERES

Michaj, wtedy jeszcze Wasyl Michaj, do Sopotu przyjechał nie tylko z wujem. Towarzyszyła im grupa Romów. Nic dziwnego, bo wszyscy nimi byli. Zaraz po koncercie - bez zbytnich ceregieli - przystąpili do ubicia interesu. Po to zresztą przyjechali. Michaj miał niewiele do powiedzenia. Piętnastolatek mógł tylko przysłuchiwać się rozmowie starszych.

Jego krewni nie mieli wygórowanych żądań. Wiedzieli, że nastolatek ma duży talent, i znali jego wartość. Chcieli, żeby Michaj był solistą w zespole i jeździł jak najwięcej na koncerty. Była też mowa o pieniądzach. I to zdumiało członków zespołu. Młody muzyk miał śpiewać za darmo. Może nie do końca: jedynym warunkiem finansowym było zapewnienie mu luksusowego samochodu z szoferem. O ewentualnych honorariach nie było mowy.

Nie wiemy, czy wszystkie żądania krewnych zostały spełnione, ale jedno jest pewne: zaczęła się błyskawiczna muzyczna kariera Roma z Lublina. W latach 60. porównywano go nawet do Czesława Niemena. To było nie lada wyróżnienie. Grał w dobrych i znanych zespołach, takich jak Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni.

Pseudonim „Michaj Burano” miał nadać mu Franciszek Walicki, człowiek, bez którego trudno opowiadać historię polskiego rock and rolla. Brzmiało egzotycznie, mocno, scenicznie. I pasowało do chłopaka, który na estradzie wyglądał tak, jakby urodził się po to, by stać w świetle reflektorów.

SENSACJA ZZA ŻELAZNEJ KURTYNY

Rok 1963. Na scenie słynnej paryskiej Olimpii występuje artysta zza żelaznej kurtyny. To właśnie Michaj Burano. Ma dopiero 19 lat. Jeszcze kilka lat wcześniej nikt z jego bliskich nie przypuszczał, że niesforny do niedawna nastolatek zrobi tak zawrotną karierę.

Ten występ miał wymiar większy niż zwykły koncert. Europa wciąż żyła podziałem na Wschód i Zachód, a młody wokalista z Lublina stanął na scenie, na której występowały największe gwiazdy. Dla wielu Francuzów musiało to brzmieć jak sensacja zza żelaznej kurtyny.

Pod koniec lat 60. ma już własny zespół Burano & Leske Rom. Michaj staje się sławny i bogaty, a świat stoi przed nim otworem. Gazety piszą o nim często i dobrze, nazywają go wschodzącą gwiazdą polskiej muzyki. W zakładach fryzjerskich wielu młodych mężczyzn zasypuje fryzjerów prośbami o „fryzurę jak Burano”, a jego interpretacja legendarnego „Domu wschodzącego słońca” wywołuje gęsią skórkę u młodych kobiet. Michaj jest Romem, tym bardziej więc towarzyszy mu aura tajemniczości. Szybko staje się obiektem westchnień nie tylko nastolatek.

Burano miał też krótki epizod filmowy. W 1963 roku pojawił się w filmie „Ranny w lesie”, gdzie zagrał strzelca „Apollo”. Nie była to wielka rola, ale pokazuje, że już wtedy widziano w nim nie tylko głos, lecz także twarz, charyzmę i ekranową obecność.

Wcześniej jednak nie miał lekkiego życia.

To tutaj, na lubelskich Bronowicach dorostał artysta rodem z Taszkientu - „nasz” Michaj

FOT. Jacek Mirosław

 

WBREW ROMSKIM ZWYCZAJOM

Jego rodzina - mołdawscy Romowie - trafiła z Rumunii do Lublina na początku lat 50. Wraz z nimi przyjechało 19 innych rodzin. Ojciec Wasyla, bo Michaj to jego artystyczny pseudonim, zrobił wtedy coś, co innym Romom nie mieściło się w głowie: postanowił skończyć z koczowniczym trybem życia i osiąść na stałe.

Na Bronowicach znaleźli niewielki plac, na którym stał poniemiecki barak. Władze pozwoliły im tu zamieszkać. Warunki nie były najlepsze. Na środku placu straszył ogromny lej po bombie. Barak nie mógł pomieścić wszystkich rodzin, ale od czego jest pomysłowość Romów? Kupili kilka krytych wozów konnych, w których część osób zamieszkała. Znów palili ogniska, bo w baraku nie było kuchni. Uporządkowali teren, posadzili drzewka i postawili dwa kolejne baraki.

O „dziwnych” Romach, którzy sami, bez przymusu, postanowili urządzić swoje własne osiedle, zaczęło być głośno. Inni lubelscy Romowie mieli im za złe, że zrywają z tradycją i chcą się asymilować z mieszkańcami. Czarę goryczy dopełnił fakt, że młodzi w innych szczepach też zaczęli przebąkiwać o zaletach osiedlenia się na stałe. Tego było już za wiele.

Wkrótce ktoś próbował podpalić osiedle na Bronowicach. I to dwukrotnie jednej nocy. Doszło do tego, że przez miesiąc domu Burano pilnował uzbrojony milicjant. Szybko wyszło na jaw, że polecenie podpalenia było pomysłem przywódcy jednego z romskich szczepów. Wkrótce jednak zmarł i podobne zdarzenia już się nie powtórzyły.

NIE GWIAZDORZYŁ

Mały Michaj tymczasem godzinami ślęczał przy radiu i słuchał muzyki. W końcu wyprosił u ojca magnetofon. Poza nim świata już nie widział. Codziennie nagrywał piosenki, zapisywał słowa, zaczął też sam śpiewać i grać. To było jego życie.

Ojcu początkowo nie podobał się jego śpiew. Sam był uzdolniony muzycznie, ale uznawał tylko jeden rodzaj muzyki: cygańskie rytmy. A syn - jak sam wielokrotnie mówił – „wył jak Murzyn albo Indianin”. Na szczęście dla Michaja ojciec w końcu zaczął przychylnym okiem patrzeć na jego muzyczne zamiłowanie. A nawet więcej - uznał, że może to być w przyszłości sposób na życie syna. Wiedział, że wielu Romów utrzymuje się z muzyki i nieźle sobie radzi.

Rodzina Burano czuła się dobrze w Lublinie, chociaż początkowo sąsiedzi patrzyli na nich krzywym okiem i przezornie dokładniej zamykali drzwi w swoich domach. Z czasem jednak wszyscy przełamali lody i wzajemnie się wspierali. Mama Michaja czasami zabierała gromadę nie tylko romskich dzieciaków nad Zalew Zemborzycki; pod opieką miała też maluchy sąsiadów. Kiedy pewnego razu zasiedzieli się dłużej nad wodą, rzuciła hasło, że rozpalą ognisko i prześpią się pod gołym niebem. Romskie dzieci były zachwycone pomysłem, zresztą nie było to dla nich nic nadzwyczajnego. Pozostałe wybuchły płaczem. Nie było rady: trzeba było wracać do domu.

Ojciec Michaja nieźle zarabiał jako kotlarz. Biedy nie mieli, a Lublin polubili do tego stopnia, że kiedy jakiś dziennikarz napisał, iż Michaj pochodzi z Wybrzeża, zagroził gazecie procesem, jeśli nie zamieści sprostowania.

Kiedy znany już muzyk z Bronowic przebierał w zagranicznych trasach koncertowych, zawsze chętnie wracał do domu swojego dzieciństwa. Wzbudzał tym dużą sensację, bo pod dom podjeżdżał zazwyczaj luksusową limuzyną, często kabrioletem. Nie gwiazdorzył jednak. Mimo że występował w znanych i dużych salach koncertowych, nie trzeba go było długo namawiać na występ w salce osiedlowego domu kultury.

W 1975 roku Michaj przeniósł się do Los Angeles, gdzie założył własną wytwórnię płytową. W Polsce po raz ostatni wystąpił w Sopocie w 1986 roku. Większość romskiego rodu Michaja z czasem wyemigrowała z Polski - głównie do Szwecji. On sam – według nieoficjalnych informacji, wrócił po latach do Europy i mieszka obecnie w Szwajcarii.

Jego życie samo prosiło się o film. I taki film miał powstać. W 1978 roku rozpoczęto zdjęcia do telewizyjnego „Songu o Michaju Burano”. Historia Roma z Lublina, który śpiewał w paryskiej Olimpii i wyjechał do Ameryki, wydawała się gotowym scenariuszem. Film jednak nigdy nie został ukończony.

Krzysztof Załuski

 

 

 

 

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama