Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Wiadomości:

Magazyn

Co nam przyniesie pan Fredek?

Co nam przyniesie pan Fredek?

- No, to poszły konie po betonie - mówi młody mężczyzna, poprawia pękatą torbę wiszącą na biodrze i kłapie drzwiami. I tak, wczesnym rankiem, pierwszy listonosz wyszedł z placówki nr 57, a bliżej - z poczty przy ul. Kiepury w Lublinie 14.11.2002 22:40
Jesienne witaminy

Jesienne witaminy

Organizm do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje określonej ilości witamin i minerałów. Gdy ich brakuje, organizm słabiej broni się przed wszelkimi infekcjami. Przed nami jesień, okres przeziębień i zachorowań na grypę. Większość osób przypomina sobie o witaminach i minerałach, kiedy dookoła szaleje grypa lub same zaczynają chorować. Inni, przekonani o ich zbawiennym działaniu w okresie jesienno-zimowym, łykają je w wielkich ilościach. Tymczasem oba te podejścia są nieprawidłowe. Witaminy nie są lekarstwem na przeziębienie. Branie ich w dużych ilościach w tym okresie nie zapobiegnie chorobie. Jednak niedobór witamin powoduje, że organizm nie funkcjonuje prawidłowo, a zatem łatwiej może dojść do infekcji. Dlatego bardzo ważne jest stałe uzupełnianie witaminowych i mineralnych niedoborów. Z nastaniem jesieni nasza dieta jest uboższa w owoce i warzywa. Jesień i zima to okres kiedy mamy mniej ruchu, więcej pracujemy. Ponadto stres i używki wpływają na osłabienie organizmu. Czasem nawet urozmaicona dieta nie wystarcza. Uzupełnianie witamin i minerałów jest potrzebne. Brak witamin czy minerałów może objawiać się np. zmęczeniem, osłabieniem, trudnościami z koncentracją, a także rozdwajaniem paznokci, wypadaniem włosów itp. Dlatego jesienią i zimą warto uzupełniać dietę preparatami witaminowo-mineralnymi. Na rynku dostępnych jest wiele preparatów, różniących się m.in. kompozycją, ilością składników i formą podania. Jedną z propozycji jest Multi-tabs – seria preparatów witaminowo-mineralnych przeznaczonych dla dzieci i dorosłych. 14.11.2002 11:22
Łamanie w kościach

Łamanie w kościach

Cierpiący na choroby reumatoidalne żyją średnio o osiem lat krócej i jakość ich życia jest gorsza niż w większości chorób przewlekłych. Szacuje się, że co roku przybywa ok. 150 tys. chorych. Z powodu schorzeń stawów co roku udzielane jest w Polsce 15 mln porad i wystawianych jest ok. 14 mln recept. Koszty społeczne chorób reumatycznych są ogromne i trudne do oszacowania. Choroby reumatyczne, to duża grupa chorób zwanych dawniej gośćcowymi, mających różną etiologię. Ich wspólną cechą są bóle przemijające lub trwałe, zmiany zapalne lub zwyrodnieniowo-wytwórcze, dotyczące głównie narządu ruchu. Zmiany mogą dotyczyć: stawów, tkanek okołostawowych, mięśni, ścięgien, powięzi, nerwów obwodowych i tkanki podskórnej. Pojęcie choroby reumatycznej jest bardzo szerokie – obejmuje ponad 100 różnych schorzeń. We wszystkich chorobach dochodzi do uszkodzenia tkanek narządu ruchu, choć różne są ich przyczyny – od uszkodzeń mechanicznych i zwyrodnieniowych, poprzez bakteryjne procesy zapalne aż po zapalenia stawów, spowodowane atakiem własnych przeciwciał. Najbardziej rozpowszechniona jest choroba zwyrodnieniowa stawów, na którą cierpi w Polsce ponad 3 mln. osób, co stanowi połowę wszystkich chorób stawów. Ryzyko zachorowania na chorobę zwyrodnieniową stawów jest liniowo zależne od naszego wieku, i tak w wieku 40 lat – 40 proc. naszej populacji cierpi na tę chorobę, w wieku 60 lat – 60 proc. zaś w wieku 80 lat – 80 proc. osób. W większości chorób reumatycznych, nieznane są przyczyny ich powstawania. Te schorzenia, których przyczyny powstania są znane, stanowią mniejszość, ale dzięki temu można je skuteczniej leczyć. Istotnym procesem, występującym w wielu chorobach reumatycznych są reakcje autoimmunologiczne – to znaczy reakcje, poprzez które organizm zaczyna niszczyć swoje komórki, aktywując odpowiednie mechanizmy uszkadzające ich strukturę. W przypadku najczęściej występującej choroby reumatycznej – zwyrodnienia stawów obwodowych i kręgosłupa – przyczyną jest „zużycie” stawów na skutek ich codziennego obciążania (w istocie jest to proces w pewnym sensie naturalny, dopiero przekroczenie pewnego progu uszkodzeń pozwala mówić o chorobie). W związku z mnogością chorób reumatycznych i różnorodnymi ich przejawami, w języku potocznym występuje kilka określeń z zakresu reumatyzmu, które mogą być różnie rozumiane, lub mieć różne znaczenia. Niektórzy, myśląc o reumatyzmie, mówią o łamaniu (strzykaniu) w kościach, rwaniu na niepogodę. Inni ludzie mówią o „artretyzmie” – dla części z nich oznacza to reumatyzm w ogóle, a część przyjmuje, że artretyzm to konkretna choroba – reumatoidalne zapalenie stawów (dawniej: gościec przewlekły postępujący). Czasem ktoś uskarża się na „podagrę” (ból dużego palca u nogi) – jest to objaw choroby nazywanej dną moczanową. Niektórzy skarżą się na „wypadanie dysku” i „lumbago (ischias)” – to z kolei objawy zwyrodnienia kręgosłupa. Choroby reumatyczne są różne i w różnorodny sposób objawiają się u poszczególnych osób. Każdy człowiek choruje w sposób tylko jemu właściwy, każdy inaczej odczuwa chorobę i problemy z nią związane, inaczej stara się z nią walczyć, inaczej reaguje na leczenie. Nawet jeśli objawy u kilku chorych są podobne, ich odczuwanie przez każdego z nich jest całkowicie inne. U większości chorych, choroby reumatyczne powodują przewlekły ból, sztywność, zniszczenie i ograniczenie ruchomości stawów - co za tym idzie i sprawności fizycznej. Oprócz tego, choroba wywołuje także wiele różnych uczuć i emocji – frustracji, złości, gniewu czy żalu. Czasem ciężko jest zaakceptować i zrozumieć zmniejszającą się sprawność fizyczną, zwłaszcza jeśli wcześniej prowadzone życie było życiem człowieka aktywnego. Choroba wymusza zmianę stylu życia, nawyków, obyczajów, ogranicza samodzielność. Wielu chorym udaje się funkcjonować w zmienionej sytuacji, prowadzić życie takie, na jakie pozwala choroba, możliwie najbardziej zbliżona do normalnego. Niektórym łatwiej jest się przystosować, innym trudniej. Na podstawie: Tajemnice reumatyzmu: lek. med. Maciej Uchowicz, konsultacja: prof. dr hab. med. Jacek Pazdur, Instytut Reumatologiczny. Choroby reumatyczne. Podręcznik dla lekarzy i studentów: Irena Zimmerme-Górska, PZWL 14.11.2002 11:21
Reklama
Jedwabista skóra

Jedwabista skóra

Szacuje się, że problemy z suchą skórą ma do 20 proc. ludzi. Z roku na rok ich liczba wzrasta, a sytuacja pogarsza się wraz z wiekiem. Większość zaburzeń skórnych można by wyeliminować poprzez odpowiednią pielęgnację. Dlatego tak istotny jest dobór właściwych preparatów i przestrzeganie zasad pielęgnacji skóry. 14.11.2002 11:20
Montex - koniec gry?

Montex - koniec gry?

Gra w Lidze Mistrzyń to wielki zaszczyt, ale i wielkie pieniądze. W piłce nożnej – pieniądze do zdobycia. W piłce ręcznej pań, zwłaszcza w Polsce – do wydania. Montex Lublin poznał smak europejskiego czempionatu. Smak słodko-gorzki, tak na parkiecie jak i poza nim. W styczniu Montex ma rozpocząć grę o europejskie zaszczyty po raz szósty w historii. Czy wystąpi? A jeśli nie, to z czyjej winy? 14.11.2002 11:18
Jak studenci oszukują uczelnie

Jak studenci oszukują uczelnie

„Sprzedam miejsce w 3-osobowym pokoju w akademiku”, „Sprzedam obiady na listopad” – takie ogłoszenia wiszą w większości lubelskich akademików. Kierownictwo osiedli akademickich walczy z tym nielegalnym procederem. Urządza nawet „zakupy kontrolowane”, lecz nie zawsze jest to skuteczna walka. 14.11.2002 11:16
Czy Daniel musiał umrzeć?

Czy Daniel musiał umrzeć?

– Gdybym wiedział, że tak długo trzeba szukać sprawiedliwości, nigdy nie poszedłbym do prokuratury – mówi Dariusz Banaś. – Dla nas każdy kolejny proces to rozdrapywanie starych ran, przeżywamy tę tragedię od nowa... Daniel zmarł 27 maja 1999 roku w puławskim szpitalu. Sekcja zwłok wykazała, że doszło do zatrzymania krążenia. Powód: pęknięta śledziona i krwotok wewnętrzny. – Już wtedy, w sierpniu, „Dziennik” pisał o nagłej śmierci naszego synka – podkreślają Bansiowie. – Zdecydowaliśmy wówczas, że poszukamy winnych. Bo żaden lekarz, z którym rozmawialiśmy, nie mógł uwierzyć, że pod koniec dwudziestego wieku można w ten sposób umrzeć. Wiedzieliśmy, że Danielowi to już nie pomoże. Ale taki los nie powinien spotkać nigdy żadnego innego dziecka. Ulubieniec rodziny Daniel urodził się z padaczką. Od początku trwała rodzinna walka o jego zdrowie i życie. Banasiowie wierzyli, że synkowi można pomóc. Jeździli z nim do Warszawy, do Łodzi, do Krakowa, nie szczędzili grosza na prywatne wizyty. – I nagle, po wielu kuracjach, pojawiła się nadzieja, że będzie lepiej – mówi pani Małgorzata. – Daniel miał ataki rzadziej, raz na dwa tygodnie. A kiedyś nawet dwadzieścia razy na dzień. Uwierzyliśmy, że naszego syna będzie można wyleczyć. Dariusz Banaś nie może mówić o Danielu bez wzruszenia. – To był taki kochany chłopak – podkreśla. – Trzy rodziny nieustannie o niego dbały – my i nasi rodzice. Daniel wymagał nieustannej troski. Wszyscy chuchali, dmuchali, by miał zapewnioną najlepszą opiekę. A tu, w ciągu jednego dnia, nagle nie ma dziecka... Feralny Dzień Matki 26 maja Bansiowie, jak zwykle, odwieźli Daniela do Ośrodka Szkolno- Wychowawczego w Opactwie. Daniel był opóźniony w rozwoju, stąd wybór właśnie tej placówki. – Było bardzo ciepło, ubierałam synka w krótkie spodenki i koszulkę. Nie miał żadnych strupów ani siniaków – wspomina matka chłopca. – W ośrodku powiedziano nam, że zajęć w tym dniu nie będzie, a dzieci pozostaną z opiekunką na podwórku. Około godziny 15 babcia Daniela dostała telefon, że z chłopcem dzieje się coś złego. Dariusz Banaś natychmiast pojechał po syna. Chłopiec wił się z bólu, na rękach i kolanach miał otarcia. – Ale opiekunka powiedziała, że nic się nie stało, że to na pewno sprawa jedzenia – wspomina ojciec. Szukanie pomocy Chłopiec trafił do lekarza domowego. Ten natychmiast wypisał skierowanie do szpitala w Dęblinie. Tam chirurg stwierdził spadek ciśnienia i temperatury. Daniel dostał leki przeciwbólowe i skierowanie do szpitala w Puławach, gdyż tylko tam można było wykonać USG, badanie – zdaniem lekarza – niezbędne. – Do Puław pojechaliśmy karetką – wspominają rodzice. – W szpitalu byliśmy około godziny 20.00. Czuliśmy, że z Danielem jest niedobrze. Lekarz z Puław został poinformowany o tym, że chłopiec jest epileptykiem, że jest upośledzony, w związku z czym kontakt z nim może być utrudniony. Rodzice podkreślali, że Daniel jest odporny na ból, i że jego stan wskazuje na to, że sytuacja jest bardzo poważna. – Wyniki Daniela były niepokojące – mówi Małgorzata Banaś. – Ale do badania USG nie doszło. O tej porze nie było już radiologa. Lekarz powiedział też, że nie ma pośpiechu, że badanie można zrobić rano. – Do dziś mam żal, że nie zabrałem Daniela na badanie prywatne, co proponowałem – Dariusz Banaś ma łzy w oczach. – A może trzeba było dać łapówkę, to zajęliby się chłopcem porządnie?. Dowiedzieliśmy się, już po czasie, że jak jest potrzeba, to radiolog przyjeżdża nawet w środku nocy. A tak zostawiono syna bez pomocy... Śmierć przyszła szybko O północy Małgorzata Banaś zmieniła męża przy łóżku chłopca. Daniel obudził się około 5 rano. Jęczał z bólu. Lekarz dał mu środki przeciwbólowe. – Około 7 rano aparat, do którego podłączony był Daniel, zaczął piszczeć – opowiada matka. – Znowu wezwałam lekarza. Ten podejrzewał awarię sprzętu. Postanowiono zmierzyć Danielowi ciśnienie normalnym aparatem. Ale ciśnienia już nie było... Daniel odchodził na zawsze... Szukanie prawdy – Na początku nie mieliśmy zamiaru nic robić w sprawie śmierci syna – podkreślają Banasiowie. – Ale potem przypominały się pewne szczegóły. Jak lekarz dopisywał coś w karcie już po śmierci syna, rozmawialiśmy z pielęgniarkami. Złożyliśmy więc skargę do prokuratury. Nie tylko na lekarza, również na kierowniczkę ośrodka. Bo, naszym zdaniem, doszło tam do wypadku. Rodzice podejrzewają, że dzieci nie miały odpowiedniej opieki. Daniel mógł zostać uderzony w brzuch – na przykład huśtawką – i wywrócić się, o czym świadczyły otarcia na kolanie i rękach. Bo tylko poważny uraz mógł spowodować pęknięcie śledziony, jedzenie nie miało z tym żadnego związku. – Ale kierowniczkę ośrodka los już i tak pokarał – dodaje Dariusz Banaś. – Jej sąd mógłby odpuścić. To wrak człowieka, osoba ciężko chora. Chcielibyśmy jednak, żeby sprawa pobytu Daniela w szpitalu została wyjaśniona rzetelnie do końca. Po publikacji w „Dzienniku” lekarz został osądzony przez kolegów po fachu w sądzie lekarskim w Kielcach. – Zwykła farsa, nie sąd – uważa Banasiowa.– Niech pani słucha – mówi, trzymając orzeczenie w ręku: – Stwierdzono, że lekarz pełniący bezpośredni nadzór nad Danielem nie wykorzystał wszystkich dostępnych badań diagnostycznych w szpitalu, a także nie podjął decyzji o operowaniu dziecka, ani nie zabezpieczył krwi do zabiegu, co w momencie załamania przedłużyło czas podaży krwi i zakończyło się śmiercią dziecka z powodu wykrwawienia. I jaką karę otrzymał pan doktor za śmierć Daniela? Upomnienie. I nic więcej... Tajne przez poufne Bansiowie już nie mają siły na czekanie na sprawiedliwość w sądzie. – Byliśmy tam kilkanaście razy. Za każdym razem od nowa przeżywamy tragedię – podkreśla Bansiowa. – O samej sprawie nic nie można mówić, bo jawność jest wyłączona. Trudno jednak milczeć o tym bezustannym czekaniu na kolejne wezwanie, o tym, jak to wszystko się ciągnie. Zdążyłam zajść w ciążę, urodzić córkę, a sprawa Daniela jest nadal nie wyjaśniona... – Gdybym wiedział, że to tyle potrwa, pewnie bym zrezygnował – Dariusz Banaś zaciska pięści z bezsilnej złości. – Trzeba było powiedzieć nam, że syn umarł z innego powodu, że musiał umrzeć, że nie było wyjścia. Byłbym spokojniejszy. A tak mam cały czas wyrzuty, że trzeba go było stamtąd zabierać. Może do Lublina. Ratować. Bo mogło wystarczyć zwykłe USG i natychmiastowa operacja... Wskazania do operacji Lekarz, który zajmował się Danielem, odmówił rozmowy z „Dziennikiem”. Odesłał nas do swojego adwokata, który zastrzegł, że wyłączona jest jawność sprawy, więc o procesie nie można mówić . Nie o proces chcieliśmy jednak spytać, ale o to, czy lekarz uważa, że postąpił zgodnie z wiedzą medyczną, czy nie zaniedbał swoich obowiązków. – Moim zdaniem dziecko można było uratować – powiedział nam inny chirurg, z dwudziestoletnim stażem pracy. – Nawet bez USG spadek ciśnienia, temperatury, ostry ból brzucha to objawy, które każdemu chirurgowi powinny sugerować, że w grę wchodzi krwotok wewnętrzny. Jeśli kontakt z dzieckiem był utrudniony i ciężko było spytać się o potencjalny uraz, przed otwarciem brzucha można było zrobić jego nakłucie. Sytuacja natychmiast by się wyjaśniła, skoro w jamie brzusznej była krew. Wtedy otwarcie brzucha pokazałoby przyczynę krwotoku. A zabieg wycięcia śledziony u dziecka nie jest skomplikowaną operacją. 14.11.2002 11:15
Mroczny przedmiot pożądania

Mroczny przedmiot pożądania

Niedziela, godzina 17. Przed wieżowcem, na którego parterze mieści się lubelski klub Graffiti, stoi kilkanaście grupek młodych ludzi. Wszyscy – i dziewczęta, i chłopcy – mają długie włosy, są ubrani na ciemno, niektórzy nałożyli wampiryczne makijaże. Do kompletu brakuje tylko Księżyca na niebie. Za godzinę rozpocznie się koncert gwiazd muzyki dark. Lubelscy miłośnicy mrocznej muzyki nie są tak fantazyjnie ubrani i umalowani jak publiczność największej w Polsce imprezy tego stylu, festiwalu Castle Party w Bolkowie, ale i tak wyglądają i zachowują się jak wielka, trochę zwariowana rodzina z wielowiekową tradycją. Wielowiekową, bo zarówno w zainteresowaniach literackich (baśnie i przypowieści rycerskie), jak i w wizerunku (ubiory, fryzury i makijaż wydobywające smukłość i posępność) chętnie odwołującą się do średniowiecznych wzorców. Dlaczego przybyli pod klub tak wcześnie? – Jak zaczną wpuszczać, trzeba być na początku kolejki, żeby dostać się pod samą scenę – tłumaczy siedemnastoletni Arek. Dwudziestoletnia Jola dodaje: – Jeszcze nigdy nie było w Lublinie takiego koncertu, żeby grało aż pięć najlepszych grup rocka gotyckiego, więc nie mogłam spokojnie usiedzieć w domu. Kiedy o godzinie 18 wszyscy odstali już swoje w wijącej się przez hol niezliczonymi zakrętasami kolejce i przeszli małe przeszukanie na tak zwanej bramce, klub wypełnił się ponad czterystoma miłośnikami mrocznej muzyki. Wyśpiewane przez wokalistkę zespołu Desdemona Agatę Pawłowicz słowa „Widziałam wojnę, widziałam śmierć” zaskoczyły niektórych w kolejce do baru. Odłożyli zakupy na przerwę i popędzili do sali koncertowej, żeby zobaczyć pierwszą damę ciemności. – Strasznie boska jest!!! – krzyczał chłopak do ucha kolegi przez burzę jego długich włosów i nawałnicę mocnych, prawie heavymetalowych dźwięków. – Ale stanik, chyba skórzany! – darł się w zachwycie ktoś z tyłu. Każda z pięciu grup miała godzinę na oczarowanie swych fanów. – Gramy dla was od serca – zadeklarowała piękna Paula Maślanka z kapeli Delight, i na ostro zaśpiewała starą balladę George’a Michaela „Careless Whisper”. Nie wszystkim podobała się elektroniczna, transowa odmiana darku, jaką zagrali Fading Colours ze śpiewającą Katarzyną Rakowską, lepiej znaną jako De Coy. Ale i tak płyty tej grupy miały na stoisku wydawnictwa Metal Mind największe wzięcie. – Nie ma lekko. Nie damy wam odpocząć – zaczęła występ zespołu Moonlight Maja Konarska. I rzeczywiście, już za kilka minut wokalistka zamieniła się w dyrygentkę wielkiego chóru, śpiewającego „To nic nie dało, przyjacielu mój”, czyli refren największego przeboju szczecinian „List z Raju”. Jednak największa atrakcja miała przyjść za godzinę, pod koniec występu ostatniej grupy maratonu darkowego – Artrosis. Ponieważ lubelski koncert był ostatnim na trasie „Dark Stars Festival”, zespoły przygotowały grande finale, jakiego jeszcze nigdy publiczność nie widziała i nie słyszała. Do jasnowłosej Medeah i jej instrumentalistów dołączyli członkowie czterech pozostałych zespołów i wspólnie zaśpiewali sławną pieśń zielonogórzan „Nazguls”. 14.11.2002 11:14
Promujemy polskie marki

Promujemy polskie marki

Jesteśmy alternatywą dla niezbyt zamożnego, przeciętnego Pana Kowalskiego, mającego do wyboru albo bardzo drogą ofertę firm zachodnich, albo niezbyt trwałą i raczej mierną wzorniczo ofertę z dalekiego wschodu – mówi Wojciech Jończyk z firmy Cornette. 08.11.2002 20:20
Mojego syna wychowuje bandyta

Mojego syna wychowuje bandyta

08.11.2002 20:16
Kasia Klich:

Kasia Klich:

• Sukces piosenki „Lepszy model” sprawił, że zaistniałaś na polskiej scenie muzycznej. Jednak niewiele osób słyszało o tobie wcześniej. Co tak właściwie robiłaś przed wydaniem płyty? – Wiele różnych rzeczy. Wszystko zaczęło się w 1996 roku, kiedy to w duecie z Anią Treter zaśpiewałam na płycie grupy Pod budą piosenkę „Ta sama miłość”. Później śpiewałam w chórkach, udzielałam się jako muzyk sesyjny, a także podkładałam głos w reklamach radiowych i telewizyjnych. Oprócz tego studiowałam, co również zajmowało mi sporo czasu. Wszystkie, te „klocki” doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. • Czujesz się już gwiazdą? – Nie. Ja w ogóle nie mam natury gwiazdy. Nie mogłabym się kreować na kogoś nieprzystępnego i chodzić ciągle z podniesionym nosem – to jest mi kompletnie obce. Szczerze mówiąc, to ja wręcz nie lubię zarozumialstwa i gwiazdorstwa, i dlatego chcę być naturalną kobietą bo tylko wtedy ludzie będą mnie odbierać przyjaźnie. • A myślisz, że osiągnęłaś sukces? – Zależy co dla kogo jest sukcesem. Dla mnie był to moment, kiedy zobaczyłam na półce w sklepie swoją płytę i kiedy usłyszałam w radiu po raz pierwszy swoją piosenkę • O czym piszesz swoje teksty? – O relacjach damsko-męskich. Nie jestem odkrywcza jeżeli chodzi o temat, ale z pewnością jestem odkrywcza w sposobie mówienia o tych sprawach. Staram się bowiem podchodzić do tematu dowcipnie, czasem ironicznie, nie robiąc tragedii nawet z rzeczy poważnych. • Są na twojej płycie piosenki o nieudanych związkach. Masz wiele takich za sobą? – Wcale nie ma ich tak dużo. A nawet jeśli o nich piszę, to nie jako o tragedii. Zawsze jest bowiem jakieś wyjście z sytuacji i nigdy nie jest powiedziane, że osoba z którą obecnie jesteśmy, jest na całe życie. Wydaje mi się, że moja płyta może być antidotum dla kobiet, które mają różne trudności sercowe. Ta płyta może być dla nich doskonałą terapią, która wyciąga nawet z wielkiego dołka. • Często zmieniasz modeli? – Nie, jestem bardzo stała uczuciowo. • A obecny to Yaro? – Tak. • Długo jesteście razem? – Dwa i pół roku. • Lepiej porozumiewacie się na płaszczyźnie zawodowej czy prywatnej? – To nie ma znaczenia, tym bardziej, że nie oddzielamy prywaty od życia zawodowego. Zdarzają nam się sprzeczki i wymiana zdań na różne tematy, ale zazwyczaj wyciągamy z tego odpowiednie wnioski i dzięki temu wychodzą nam różne fajne rzeczy. • Jaki jest twój największy atut? – Jestem dobrym człowiekiem. Niczego nikomu nie zazdroszczę, nie robię złych rzeczy. Generalnie wychodzę z założenia, że każdy powinien robić to, co lubi. I dlatego nikogo nie neguję. • A wada? – Nasuwają mi się na myśl dwie. Po pierwsze, jestem osobą bardzo szczerą. Zawsze, kiedy coś mi przeszkadza mówię o tym wprost. A po drugie, jestem strasznie zazdrosna o swojego mężczyznę. • Jak przejawia się ta zazdrość? – Najczęściej się obrażam. • Podobno lubisz dobrze zjeść? – Oj, tak! Uwielbiam się objadać. A w ramach modnego ostatnio wegetarianizmu mówię, że ze wszystkich warzyw najbardziej lubię wieprzowinkę i kabanosy. • O czym marzysz? – Zawodowo: na pewno chciałabym, żeby moja płyta dobrze się sprzedawała, grać dużo koncertów, mieć mnóstwo pomysłów na nową płytę. A prywatnie to marzę, na przykład, o niebieskich migdałach. 08.11.2002 20:06
Według służb ochrony środowiska masarnia w Kolonii Zamek koło Modliborzyc  jest „bardzo czysta”. Zdenerwowani sąsiedzi  masarni życzą inspektorom, by pomieszkali z nimi choć przez parę dni...

Według służb ochrony środowiska masarnia w Kolonii Zamek koło Modliborzyc jest „bardzo czysta”. Zdenerwowani sąsiedzi masarni życzą inspektorom, by pomieszkali z nimi choć przez parę dni...

Dostaliśmy sygnał z Modliborzyc, że masarnia w Kolonii Zamek wyrzuca odpady poubojowe za płot. Lądujące w dolinie resztki dla niepoznaki przysypywane są ziemią, ale dokuczliwy smród w powietrzu zostaje. Wtorek, 29 października, godzina 15.10. Baza starej GS w Modliborzycach, tuż przy drodze krajowej Lublin–Rzeszów, jest rozparcelowana na prywatne biznesy. Właściciel jednej z firm przybliża problem: – Okolica cuchnie coraz bardziej. Najgorzej jest po południu. Zresztą co tu opowiadać – dobrze pani trafiła. Przejdziemy. Sama pani zobaczy... Przecinamy plac firmy. Przeskakujemy krzaki pełniące rolę ogrodzenia. Tuż za polem oziminy teren nagle opada. Na dole wielkie kałuże. – Jeszcze pięć lat temu był tutaj staw, można było wędkować – informuje rozmówca. Na drugim brzegu doliny ziemia świeżo usypana. Odnoszę wrażenie, że na niedostępnym zboczu prowadzone są prace ziemne, konkretnie – niwelacja terenu. Z dala widać estetyczne białe budynki gospodarcze kryte czerwoną blachą, ogrodzone wysokim betonowym parkanem. Tuż przy nasypie stoi koparka. – Tam jest masarnia. To z niej wyrzucane są w dolinę poprodukcyjne resztki. Ze skarpy wychodzi rura, z niej też coś cieknie. W zimie, jak śniegu napada, w dolinie, zamiast biało, jest czerwono od krwi. Masarnia istnieje dwanaście lat. Długo był spokój dopiero od dwóch lat smród stał się dokuczliwy… Blaszana brama w parkanie ubojni nagle się otwiera. Nad skarpę wychodzi mężczyzna. Pcha taczkę. Widać, że ciężka, bo sylwetka jest mocno pochylona. Kieruje się wprost na drewniany pomost wiszący nad zboczem. Po chwili zawartość taczki ląduje na dole. – Tak właśnie usuwane są odpady z rzeźni... – pada komentarz zza moich pleców. Nie wierzę własnym oczom! Muszę sama zobaczyć z bliska, co spadło z pomostu. Mój przewodnik myśli głośno: – Kiedyś można było przejść tędy na drugą stronę suchą nogą... Idziemy groblą. Mężczyzna rezygnuje z dalszej wyprawy. Ja, z aparatem fotograficznym, podchodzę bliżej pomostu. I co widzę: grzęzawisko, a na środku sterta sierści poplamionej krwią. Kłaki są długie, nie należały chyba do świni. Od krowy też nie są, bo te bywają różnej maści, a zaplamiona krwią sierść jest biała. Pierwsze skojarzenie: owca? Nie, to raczej owczej wełny nie przypomina… Nim rozwiążę zagadkę, paskudny zapach nakazuje mi odwrót. Większość mieszkańców gminy, z którymi rozmawiam, potwierdza, że masarnia jest uciążliwa. – Fetor jest taki, że momentami przyprawia człowieka o ból głowy – mówi pani Stanisława. – Okna nie można otworzyć, żeby dom przewietrzyć. Dzieci, z powodu przykrego zapachu, nie chcą się bawić na podwórku... Poirytowani ludzie uciekali się do perswazji. – Na początku próbowaliśmy rozmawiać z właścicielem masarni – mówi miejscowy przedsiębiorca. – Efekt był taki, że przez dwa tygodnie było lepiej. Dowiedzieliśmy się, że masarnia nie jest podłączona do kanalizacji, i bywa, że szambo się przeleje, zanim przyjedzie samochód MPGK z Janowa Lubelskiego. Nas nie interesuje, że beczkowóz nie zdążył dojechać. My się trujemy. Ktoś inny przytacza obraz bliski klimatem noweli Żeromskiego „Rozdziobią nas kruki, wrony”. – Sfora psów co dzień włóczy się po kraterze. Wychudzone przybłędy penetrują dolinę, nie można ich stamtąd wykurzyć. To jest koszmar! Mieszkańcy Koloni Zamek skierowali skargę do janowskiego sanepidu. W biurze dyrektora usłyszeli, że za sprawę odpowiedzialna jest inspekcja weterynaryjna. Zadzwoniliśmy do sanepidu. – My tylko opiniujemy obiekty, nadzór bieżący nad ubojniami i masarniami sprawują służby weterynaryjne – mówi Grażyna Kamińska, dyrektor Stacji Sanitarno Epidemiologicznej w Janowie Lubelskim. Mieszkańcy nie dali za wygraną. Poirytowani opinią janowskiego sanepidu zadzwonili do lubelskiej firmy wyszukanej z książki telefonicznej, mającej w nazwie: ochrona środowiska. Tam doradzono im... nagłośnić sprawę w mediach. Wykręcam ten sam numer, co mieszkańcy: 744-48-93. Rozmówczyni bez trudu kojarzy sprawę. – Robimy pomiary oświetlenia, badamy natężenie hałasu, mikroklimat stanowiska pracy, ale nie badamy emisji przykrych zapachów. W Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska w Lublinie dowiadujemy się, że niedawno masarnia w Kol. Zamek była rutynowo sprawdzana. – Ocena z 3 października br., podpisana przez głównego specjalistę inż. Krystynę Michnę i starszego specjalistę mgr. Romana Gulbierza brzmi: „zakład jest bardzo czysty” – informuje Teresa Mazurek, kierownik Wydziału Inspekcji WIOŚ. Zgodnie ze wskazówką przedstawicielki sanepidu dzwonimy do Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii (służby weterynaryjne mają nadzór nad ubojniami na mocy ustawy o inspekcji weterynaryjnej). Jan Sławomirski, Lubelski Wojewódzki Lekarz Weterynarii, obiecuje jeszcze dziś wysłać kontrolerów pod wskazany adres. – Sprawdzimy gospodarkę odpadami poubojowymi. Niepotrzebne resztki muszą być odstawiane do zakładu utylizacyjnego. * * * • Sąsiedzi narzekają na smród z masarni. Czy wie pan o tym? – pytam Macieja Bielówkę, prezesa Zakładu Przetwórstwa Mięsnego w Kolonii Zamek. – Znam problem. Flaki posegregowane w kontenerach śmierdzą. Zawartość pojemników zabiera samochód podrzeszowskiego zakładu utylizacji trzy razy w tygodniu. Czasami fetor bywa tak silny, że nie podchodzę do kontenerów, bo mnie głowa boli. Najgorzej jest w czasie upałów, wiatr roznosi zapach po okolicy. • Dlaczego odpady wyrzucacie w dolinę? – W dolinie odkładamy treść żołądkową, która przez okolicznych rolników jest zabierana jako obornik. Przy produkcji sięgającej rocznie setki ton, zakopywanie odpadów w ziemi nie wchodzi w grę – dodaje prezes. Prezes Bielówka ubolewa, że w sąsiedztwie masarni przybywa domów jednorodzinnych. Gdy zaczynali działalność, okolica była kwalifikowana jako tereny przemysłowe. Zaznacza, że zakład przez lata był wielokrotnie modernizowany. Teraz, w ramach dostosowania się do norm Unii Europejskiej, stara się o pomoc z programu SAPARD na zakup nowych technologii. – Jesteśmy ujęci w gminnych planach budowy kanalizacji, jeśli będą pieniądze, za rok zostaniemy podłączeni do sieci sanitarnej – mówi prezes. – Na wiosnę mieliśmy kontrolę inspekcji weterynaryjnej i przedstawicieli Unii Europejskiej. Nie chwaląc się – wypadliśmy dobrze. Problem smrodu zniknie za rok, bo uboju nie będzie… • Dlaczego? – Wchodzimy do Unii. Zachód nie ma problemu z paskudnymi zapachami: odpady przechowywane są w chłodniach. Poza tym to, co u nas robi jeden zakład przetwórstwa mięsnego, w krajach piętnastki wykonuje kilka firm. Zajmują się wybiórczo: ubojem, segregacją mięsa, zagospodarowaniem odpadów poubojowych, itp. W ramach dostosowania do standardów Unii zamierzamy zrezygnować z uboju, choć to jeszcze nie jest przesądzone. Tak czy inaczej, za rok może dwa problem z odorem zniknie. Prezes oprowadza mnie po zakładzie. Na ścianie biura grawerowany tytuł Asa biznesu 2001, także wyróżnienia za Dobrą Praktykę Produkcyjną i Dobrą Praktykę Higieniczną. Widać rozmach inwestycyjny, dostosowany do kalendarza wejścia Polski do Unii Europejskiej. Niestety, w końcu nos daje znać, że wchodzimy w strefę gromadzenia odpadów poubojowych. Idziemy tym samy torem, co pracownik z taczką, którego widziałam wczoraj, jak wyrzucał odpady. Nad skarpą jednak... ani śladu pomostu! Traf chciał, że w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj stała konstrukcja, pies – najwidoczniej pies – rozgrzebał zakrwawioną szczecinę. – Grunt należy do nas. Prowadzimy niwelację terenu pod budowę hali produkcyjnej – wyjaśnia prezes. • A gdzie pomost, z którego zrzucane są odpady? – Nie ma żadnego pomostu. To mity, że wyrzucamy tutaj odpady – zapewnia prezes. Mieszkańcy: – Widzi pani? Rozebrali pomost! Wszystkie brudy przysypali ziemią. Oni wiedzą, że nikt sitem tej ziemi nie będzie przesiewał. Trudno z nimi wygrać. Bawią się z nami w kotka i myszkę. A my się trujemy. Psy zarazę mogą roznosić. Co na pokrwawioną szczecinę na zboczu mówią służby weterynaryjne? Po pierwszym sygnale z Dziennika Powiatowy Lekarz Weterynarii w Janowie Lubelskim Roman Jarosz skontrolował zakład, po czym poinformował szefa (lekarza wojewódzkiego), że nie ma zastrzeżeń do masarni. • Ale czy dopuszczalne jest wyrzucanie zakrwawionej szczeciny za płot?! – Tym powinna się zająć ochrona środowiska albo policja. Ktoś może świnię zabić i wyrzucić odpady do lasu. Zarzut trzeba poważnie rozpatrzyć – mówi Jan Sławomirski, wojewódzki lekarz weterynarii. Jestem już zmęczona wykręcaniem kolejnych numerów, szukając kompetentnej instytucji, która przejęłaby się problemem i – co najważniejsze – zechciała go rozwiązać. Zbiegiem okoliczności dzwoni telefon z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Przy słuchawce Teresa Mazurek. Tym razem kawa na ławę – opowiadam, co widziałam i słyszałam i co udało mi się utrwalić na zdjęciach. – Gdyby wpłynęła skarga, gdyby była osoba, która by nam pokazała, gdzie i co sprawdzić, zajęlibyśmy się sprawą jeszcze tego samego dnia – mówi Teresa Mazurek. – Nam trudno trafić w takie miejsca. My przyjeżdżamy na zakład i sprawdzamy dokumentację i wydajemy opinię. W takim razie poczekamy na publikację i, mając artykuł w ręku, przeprowadzimy kontrolę... 08.11.2002 20:02

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama